Królestwo Lionela

 

Po Baja Poland dla niektórych zawodników imię Lionel pewnie brzmi niemal jak przekleństwo. Ten skądinąd całkiem sympatyczny pan faktycznie potrafi się dać we znaki. Królestwem Lionela Carre, Delegata Technicznego FIA, bo o nim mowa, jest obszar, na którym odbywa się badanie kontrolne pojazdów biorących udział w Pucharze Świata, ale można go także spotkać spacerującego po serwisie. Patrzy, zagląda, podgląda, a czasem wyciąga karteczkę i notuje. I biada temu, kto się na tej lub innej karteczce Lionela znajdzie. Kilku zawodników jeszcze przed rajdem przekonało się, co znaczy znaleźć się na czarnej liście Delegata. Przez dłuższą chwilę miałam obawy, że i ja na nią trafiłam. Finał moich nadspodziewanie licznych spotkań z Lionelem okazał się jednak zaskakujący.

 

Żaden oficjalny (czytaj PZMotowski) rajd nie dojdzie do skutku, jeśli nie przebrnie się przez obszerną papierologę. Regulaminy, zgody, zgłoszenia, protokoły, druki i druczki, nalepy i całe tony innych papierzysk to nieodzowny element organizacji rajdu. W przypadku zawodów będących rundą Pucharu Świata, jak właśnie Baja Poland, tych wszystkich dokumentów jest wybitnie dużo i są wybitnie ważne. Nie raz słyszałam zawodników narzekających na odbiory administracyjne, a te są jedynie wierzchołkiem góry lodowej. Z tym wierzchołkiem, a także sporą częścią tej niewidocznej biurowej góry na Baja Poland świetnie radziła sobie niezmordowana Magda Dutkiewicz-Klein, którą wspierały Sandra Nowakowska i Patrycja Bednarek. Sprawami sędziowskimi, których także jest cała masa do załatwienia, szczególnie przy takiej armii ludzi, zarządzała z kolei zaprawiona w bojach Magda Lewandowska. Jeśli kiedykolwiek w biurze rajdu będzie się Wam dłużył czas, to pomyślcie ciepło o tych dzielnych dziewczynach, które na długo przed spotkaniem z Wami dwoją się i troją, by dopilnować wszystkich niezbędnych formalności, byście mogli w ogóle wystartować. A potem grzecznie odbierzcie kwitki i udajcie się na BK 😉

Kilka razy miałam okazję pracować na PKCu przed BK czy też z czystej ciekawości przyglądać się pracy techników dokonujących oględzin rajdowych pojazdów. Mają chłopaki co robić. Choć w porównaniu z badaniami kontrolnymi na naszych krajowych rozgrywkach,  dla aut z Pucharu Świata cała ta procedura jest zdecydowanie bardziej skomplikowana i o wiele dłuższa, a technicy bardziej skrupulatni. Zobowiązują ich do tego oczywiście przepisy, ale jest jeszcze coś, a właściwie ktoś, kto sprawia, że i oni stoją na baczność. Tym kimś jest Delegat Techniczny FIA, zazwyczaj w Pucharze Świata w osobie Francuza Lionela Carre.

O Lionelu już od dawna słyszałam różne niestworzone historie, a te o wykręcaniu śrubek czy sprawdzaniu niepalności rajdowej bielizny zapalniczką należą do najmniej drastycznych. Przez te opowieści dziwnej treści ów Delegat w mojej wyobraźni miał wielkie kły i czerwone oczy, a palcami krzesał iskry. No dobra, może przesadzam, ale nie bardzo 😉 Tak czy siak Lionel jawił mi się jako ponury typ, z góry nastawiony przeciwko wszystkim zawodnikom. I oto na Baja Poland miałam z nim stanąć oko w oko.

technicy

Men in Black,czyli panowie z Komisji Technicznej – współpracownicy Lionela

Nadejszła wiekopomna chwila… W sumie nawet nie wiem dokładnie, kiedy nadejszła. Tuż po przyjeździe do serwisu SsangYonga, w którym miało się odbywać badanie kontrolne, rozstawiłyśmy z Magdą nasz PKC, uzgodniłyśmy z technikami, co i jak, a potem zaczęły podjeżdżać załogi. Na pierwszy ogień Klaudia Podkalicka i Sławek Wasiak. A za nimi następni, i następni, i następni. Kolejka rosła, a aut wyjeżdżających z BK jakoś nie było widać. Za to było widać uwijających się jak mrówki przy autach techników. W międzyczasie odwiedził nas obserwator FIA, natomiast przyjazd Lionela jakoś mi w wirze walki umknął. Pierwszy raz świadomie go zobaczyłam, gdy poszłam zapytać nadzorującego pracę sędziów technicznych Wojtka Nowaka o zawiłości kolejnych rubryczek karty FIA, której wypełnienie przez zawodników miałyśmy kontrolować na PKCu. Kątem oka ujrzałam wtedy drobnego, szpakowatego gościa, siedzącego przy ławce w jamce, jaką tworzyło jedno ze stanowisk stacji kontroli pojazdów. Ni chusteczki ten ludzik nie przypominał potwora z zębiskami, jaki wciąż siedział w mojej głowie. Grzecznie się przywitałam, przedstawiłam i w zamian otrzymałam coś na kształt uśmiechu. No tak, ale ja nie musiałam okazywać Lionelowi swojego auta (całe szczęście, bo by chyba zemdlał), zatem bać się go nie musiałam. A jednak obraz, który raz się wykreuje w głowie, tak łatwo nie da się wypędzić. Zwykle nie uprzedzam się do ludzi, ale historyjki o Lionelu zrobiły swoje, więc z niepewnością oglądałam się za plecy, czy jednak nie wbije mi zaraz w kark tych zębisk. Nie wbił. Nawet znalazło się kilka krótkich okazji do zamienienia słówka czy choćby wymiany uśmiechów. Mniej uśmiechnięci za to byli zawodnicy, którzy za pośrednictwem bogu ducha winnych techników wpadali w jego szpony.

leo i kris

Nawet nie można się spokojnie napić, bo Lionel już coś notuje

A wpadł niejeden. Niektóre załogi spędzały długie godziny na oględzinach i dyskusjach, inne nawet po kilka razy wracały. Powrót i kolejne godziny oczekiwania dotknęły m. in. jeden z najciekawiej wyglądających pojazdów, mianowicie należące do luksemburskiej załogi Arellano / Bigard buggy MMP Rally Raid. Wracali również jadący Polarisami Jacek Kozakiewicz i Andrzej Miklaszewski. Taki los spotkał też m.in. Rebekę Jankowską, która nie mogła się nadziwić, że kilkucentymetrowe kawałki plastiku przy zderzaku mogą mieć aż tak duże znaczenie. Z kolei Marcin Sobiech pędził w nocy po nowy zderzak, gdyż ten, który miał zamontowany w swoim Pajero okazał się nieco odbiegający od seryjnego. Samochody T2 ogólnie miały najwięcej problemów, gdyż często naprawdę jakiś drobiazg przesądzał o tym, że auto zostawało odesłane na poprawki. Jest jednak taki jeden drobiazg, który już na dzień dobry w zasadzie dyskwalifikuje pojazd i dyskusji z Lionelem ani też naszymi technikami być nie może. To naklejka FIA, identyfikująca auto z jego paszportem technicznym. Takiej naklejki nie miał Emil Grabowski. Zerwana przy malowaniu klatki nie została odnowiona i klops. To kosztowało Emila sporo nerwów, a w stronę Lionela z jego ust leciały liczne epitety. Na nic się to jednak zdało – nie ma naklejki, nie ma pozytywnego wyniku badania. Później okazało się, jak wysoka jest cena tej nalepki, a właściwie jej braku – 300 euro. Tyle bowiem Emil musiał zapłacić, by zostać dopuszczonym do startu. Spodziewaliśmy się – technicy i ja – znacznie więcej kar finansowych, bo kilka aut dotarło na BK po wyznaczonym czasie. Jako ostatni, z grubo ponad dwugodzinnym spóźnieniem, dotarli Węgrzy z zespołu HQ Racing, dostarczający na badanie Mosquity, czyli kosmicznie wyglądające pojazdy Gabora Juhasza i Zoltana Hangodi. Ale nie byli oni rekordzistami – 5h 38min spóźnienia musiałam odnotować Włochom z zespołu XTreme+, a konkretnie Carlo Cinotto i Marco Arnolettiemu. W Mistrzostwach Polski spóźnienia na BK „kosztują” stówkę – w Pucharze Świata również stówkę, ale euro, jak objaśnił mi Wojtek Nowak. Tą nowo zdobytą wiedzą – trochę niechcący – wykorzystałam do nastraszenia Mirka Zapletala. Mirek i jego polski pilot Bartek Momot wpadli bowiem na BK dokładnie w ostatniej minucie swojego czasu. Okazało się jednak, że przyjechali z niewypełnioną „świętą” kartą FIA (nie zostali poinformowani, że trzeba się stawić z kompletem uzupełnionych papierków), a bez niej nie mogłam ich obecności odnotować w protokołach. Nieco zasmucony Bartek wziął się od razu za jej wypełnianie, zaś Mirek i ja za wymianę uścisków i serdeczności. Chwilę później Bartek wręczył mi uzupełniony kartonik, po czym musiałam poinformować załogę, że niestety muszę im wpisać 6 minut spóźnienia. Ta informacja na Mirku nie zrobiła szczególnego wrażenia, ale kiedy powiedziałam mu, że w związku z tym będzie się musiał pożegnać ze stówką euro, nieco mu mina zrzedła. Mnie w sumie też, bo nie lubię, jak na punkcie, na którym pracuję, zawodnicy łapią kary. Później dowiedziałam się od Wojtka Nowaka, że za tak małe spóźnienie kary nie są rzędu stówki, a 15-20 euro, więc trochę lżej mi się na sercu zrobiło. Bartkowi chyba też, bo gdy go o tym poinformowałam, trochę się rozchmurzył. Chyba jednak w końcu nikt nie otrzymał kary za spóźnienie, gdyż wszystkie załogi, którym nie udało się dotrzeć na czas, jechały do Szczecina spoza granic naszego kraju. A wiadomo – na drodze, szczególnie tak dalekiej, bywa różnie. Ja jednak wszystkie spóźnienia, chcąc nie chcąc, skrupulatnie odnotowywałam i meldowałam Wojtkowi. Te meldunki odbywały się w obecności Lionela, który za każdym razem bacznie mi się przyglądał. Aczkolwiek nadal nie wyglądał, jakby chciał mi wbić kły w kark. Wręcz przeciwnie – za każdym razem jakoś serdeczniej się do mnie uśmiechał. Ale nie dałam się zwieść tym uśmiechom, bo przecież nigdy nic nie wiadomo. Jednak w mojej głowie zaczęła kiełkować myśl, że może jednak nie taki diabeł straszny…

leo i serradori

Nie tylko BK to królestwo Lionela – krąży także po serwisie

Straszny. W każdym razie wystraszył mnie na dobre dwa dni później, na sobotnim serwisie w Drawsku. Otóż nieświadoma niczego spokojnie sobie pracowałam na przegrupowaniu, gdy nasz punkt odwiedził nie kto inny, tylko Lionel. Przywitał się z całą ekipą PKCu – Olą, Kajtkiem i Grześkiem, mnie zaś chyba uznał za starą dobrą znajomą, bo postanowił konwersację wydłużyć ponad powitanie. Zapytał, co słychać, więc zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że ok, tylko gorąco. Zmierzył wzrokiem moją niebieską kamizelkę Kierownika Punktu, noszoną przeze mnie jednocześnie z dumą, jak i udręczeniem. Widząc to, podzieliłam się z Lionelem tym udręczeniem i oznajmiłam, że strasznie w tej kamizelce gorąco, bo taki materiał. Stwierdził, że przecież mogę ją zdjąć. Aha! – pomyślałam – Sprawdza mnie! Świadoma swoich praw i obowiązków oznajmiłam mu, że nie, nie mogę, bo przecież pracuję. Spojrzał z uznaniem (ha! przechytrzyłam go!) i z szerokim uśmiechem zażartował, że mogę ją o połowę skrócić, będzie mniej gorąco. Tak, dokładnie tak, Lionel zażartował! Bardziej niż jego żarcik rozbawił mnie jednak sam fakt, że ten postrach zawodników i sędziów również na coś takiego sobie pozwolił. Czyli może jednak…? Jednak nie. Niedługo później się o tym przekonałam. Po zakończonym przegrupowaniu dokonaliśmy przegrupowania naszego punktu, gdyż teraz mieliśmy obsługiwać wyjeżdżających z serwisu zawodników PPRB. Dowodzenie na punkcie wraz z niebieską kamizelką przejęła Ola Krauze, ja zaś wzięłam aparat i po cywilnemu spacerowałam sobie po serwisie, dokumentując toczące się na nim życie. W tym serwisowym życiu uczestniczył również Lionel, który przechadzał się i od czasu do czasu jakimś pracom przy autach bacznie się przyglądał. Pech chciał, że jego i moje ścieżki w pewnym momencie się skrzyżowały. Dla niepoznaki najpierw się uśmiechnął, ale już po ułamku sekundy zapytał, gdzie moja kamizelka. Już miałam na końcu języka, że zgodnie z jego poradą ją pocięłam, ale chyba by mu się mój żarcik nie spodobał, więc w ten język się jednak ugryzłam, odpowiadając, że teraz nie pracuję. Powiedział wprawdzie, że „Ok.”, ale gdy tylko go minęłam, wyciągnął karteczkę i długopis i coś zanotował. Koniec świata! Umarłam! A jednak dziabnął! W tym momencie zrozumiałam, jak czuje się zawodnik, którego pojazd otrzymał „negatywa” na BK. Nerwowo pocierając pokąsany kark, poszłam na swój punkt sprawdzić, czy przypadkiem mnie nie szukał lub o mnie nie pytał. Nie. Trochę mi ulżyło. Postanowiłam jednak na wszelki wypadek już się z naszego PKCu nie ruszać. Mimo bardzo sympatycznej dalszej pracy, już do końca dnia widziałam swoje nazwisko na tajemniczej Lionelowej karteczce. Całe szczęście, że mi się przynajmniej nie śniła.

leo z matem

Rajd się skończył, ale Lionel wciąż czuwa – tu odpytuje Matthieu Baumela

Oczyma wyobraźni zobaczyłam ją już w niedzielę rano, gdy Lionel znów zabłąkał się na punkt, na którym pracowałam (kolejne przegrupowanie). Nic jednak na temat sobotnich wydarzeń nie wspomniał. Tylko „hello-hello”, rąsia-rąsia, uśmiech-uśmiech. Przewijał się w okolicy naszego punktu kilkukrotnie, ale oprócz tego jednorazowego powitania nic od nikogo z nas nie chciał. Na wszelki wypadek jednak sterczałam na punkcie nawet wtedy, gdy akurat nie pracowałam i na wszelki wypadek nie zdejmowałam przez cały dzień sędziowskiej kamizelki. Myślałam, że tym uśpię jego czujność i oddalę perspektywę kłów w karku, ale nie, uśpiłam tylko swoją czujność. Otóż gdy już ostatecznie zakończyłam swoją pracę sędziowską, postanowiłam się poszwendać po zwijającym się już serwisie i pstryknąć ostatnie fotki szykujących się do odlotu zawodników i ich zespołów. Pracę na „moim” punkcie przejęła natomiast ekipa pod wodzą Małgosi Stasiak, która pilnowała wjazdu na parc ferme. Ich praca też w pewnym momencie dobiegła końca, ja zaś, jako standardowy goniec protokołowi, zostałam poproszona o dostarczenie protokołów Małgosi do Komisji Obliczeń. Ledwo zdążyłam chwycić je w ręce, a tu zza pleców wyskakuje mi… Lionel! „Czy wszystkie pucharowe auta są już w parc ferme?” – pyta. Szybki rachunek sumienia – skoro mam zanieść protokoły, to na pewno tak. Z pełnym zaufaniem do sędziów parc ferme odpowiadam więc, że owszem, są wszystkie. „A ile?” – tu mnie ma! Ale nie daję się zbić z tropu i spokojnie odpowiadam, że do końca to nie wiem, bo na liście jest 29 „setek”, ale przecież nie wszystkie „setki” jechały w Pucharze Świata. „Sprawdźmy” – proponuję, nie tracąc zimnej krwi, przynajmniej z pozoru, bo nogi już miałam miękkie. Wyczytuję więc numery, a Lionel potwierdza, czy to Puchar, czy też nie. 2 spoza Pucharu. „A ile ma być?” – podchwytliwie pytam. Pada odpowiedź, że 28… Ożesz! Profilaktycznie łapię się za kark, czując zbliżające się do niego zębiska. 29 minus 2 to ni chusteczki nie 28, a 27… I znów czuję się jak auto, które dostało „negatywa” na BK. „Ja tu mam 27…” – przyznaję się. „Zgadza się, mój błąd” – mówi Lionel z uśmiechem, a ja zastanawiam się, czy się nie przesłyszałam tudzież nie zapomniałam nagle angielskiego. „Na pewno się zgadza”? – „Na pewno”. Czemu musiało trafić na mnie??? Przecież to nawet nie moje protokoły!!! Czuję, jak lawiną krew mi napływa pod kopułę i równie intensywnie ze łba odpływa. Uff, grunt, że wszystko się dobrze skończyło. Biorę więc czym prędzej protokoły i pędzę do biura. I tylko po drodze ten kark nerwowo pocieram…

Oddawszy papiery, zostaję jeszcze chwilę pod biurem, gdzie kłębią się zawodnicy oczekujący na oficjalne wyniki, które lada chwila powinny zostać wywieszone. To i ja poczekam, pogadam. Gadam z jednym, gadam z drugim, a podczas pogawędki z jednym z fotografów dowiaduję się, że Lionel, gdy mu zaserwować nieco wody rozmownej, okazuje się całkiem sympatycznym gościem. Mimo że kawaler z długim stażem, mieszkający z mamą i kotem 😉  Jakoś nie bardzo mi się chce wierzyć w tego sympatycznego gościa, jednak kolega fotograf jest naprawdę przekonujący. Hmmm, a może jednak rzeczywiście za tym Lionelowym uśmiechem nie kryły się ostre kły? Rozmyślam tak sobie, zerkając na tablicę wyników. „Popatrz, 27!” – nagle za plecami słyszę głos Lionela. Tylko cud jakiś sprawił, że nie padłam na zawał. „27 co???” – pytam zupełnie zbita z tropu. „Pamiętasz, jak sprawdzaliśmy ilość aut na parc ferme?” – no raczej! Takich traumatycznych wrażeń tak szybko się nie zapomina! Robię rachunek sumienia i za Chiny nie mogę sobie w tych nerwach przypomnieć, czy 27 to była ta właściwa odpowiedź, czy nie. „Zobacz, tu też jest 27!” – Lionel pokazuje palcem na dół listy wyników w Pucharze Świata. „No i???” – pytam już całkiem znerwicowana. „Miałaś rację, wszystko się zgadza” – nie wierzę w to, co słyszę. „Ojej, a już myślałam, że coś zrobiłam nie tak…” – przyznaję się, oddychając z ulgą. W tym momencie Lionel częstuje mnie chyba najładniejszym uśmiechem, jaki ma w swoim repertuarze, i układając palce w symbol „OK.” mówi: „Everything was perfect!” Mdleję i mam zawał jednocześnie, a w uszach brzmi: „perfect… perfect… perfect…”

Po dłuższej chwili otrząsam się. Zgromadzeni przed biurem ludzie zaczynają się żegnać i powoli odchodzić. Idę zamienić kilka słów z technikami, w towarzystwie których zawsze jest wesoło i sympatycznie. My tu sobie gadu gadu, kiedy podchodzi Lionel i wskazując na nadjeżdżającego busa mówi: „ O, moje Porsche podjechało!” Wyciąga do mnie dłoń i mówi: „Dziękuję za współpracę! Do zobaczenia za rok!” Tym razem czuję się jak auto, któremu na karcie Lionel wpisuje „pozytywa”. A więc on naprawdę jest całkiem sympatyczny! I gdzie, u licha, są te straszne zębiska???

 

– z pozdrowieniami dla chłopaków z Komisji Technicznej,

AM

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s