OFFROAD NA ASFALCIE

To był szybki strzał, raptem 8 godzin w Warszawie. Plus prawie drugie tyle w trasie, ale warto było wyskoczyć na jeden dzień do stolicy. Tam bowiem odbywało się Verva Street Racing. Pomimo tego, że nazwa imprezy sugeruje uliczny, a więc nie terenowy format tej imprezy, to aspektów offroadowych tam nie zabrakło. Było całe mnóstwo terenówek, były paradne przejazdy przed tysiącami widzów, były gwiazdy cross-country. A dla mnie było coś więcej – okazja do spotkania z rajdowymi przyjaciółmi. Tak, warto było wyskoczyć do stolicy.

Na Verva Street Racing pojechałam troszkę w interesach, znacznie bardziej dla tego całego motoryzacyjnego show, jakie przygotowali organizatorzy, ale przede wszystkim dla fajnego spędzenia czasu z fajnymi ludźmi z rajdów cross country. Interesy poszły mi szybko i efektywnie, show było naprawdę świetne, za to spotkania z offroadowcami były po prostu przepyszne! Nadspodziewanie przepyszne!

„Ania, napiszesz coś o tym?” – gdzieś pod koniec imprezy zapytał mnie Arek Lindner. „Czemu nie? Jest o czym pisać” – zrobiłam szybkie podsumowanie. No bo faktycznie jest. Począwszy już od tego, że ktoś „z zewnątrz” pewnie pomyślałby, że baba, która jedzie na „uliczne wyścigi”, by spotkać się z terenowcami, musi być jakaś szurnięta. Szurnięta pewnie i tak jestem, ale chyba nie ma nic nienormalnego w tym, że wykorzystuję każdą okazję do spędzenia czasu z ludźmi, których zaledwie po roku z haczykiem znajomości (czy też krótszej) mogę śmiało nazwać przyjaciółmi.

Moją rajdową przyjaciółką jest z pewnością Agatka Stefaniak – dziewczyna, którą podziwiam i uwielbiam. I tę oto przyjaciółkę miałam okazję spotkać na Verva Street Racing, gdzie prezentowała swojego uroczego różowego quada i samą siebie. Jak to przyjaciółki mają w zwyczaju, mogłyśmy się do woli wyściskać, poplotkować, ale też merytorycznie podyskutować o zawiłościach regulaminowych i organizacyjnych rajdów. Tu taka mała, ale istotna dygresja. Rok temu, kiedy zaczynałam swoją sędziowską przygodę z cross country, zawodników z Pucharu Polski w Rajdach Baja postrzegałam jako tych najbardziej niepokornych, traktujących rajdy bardziej jak dobrą zabawę niż określone ścisłymi regułami współzawodnictwo sportowe. Z regulaminami byli trochę na bakier, co często skutkowało karami, a przynajmniej całą litanią pytań. A kto pyta, nie błądzi, więc to ich pytanie musiało kiedyś przynieść efekt. Przyniosło – pod względem znajomości regulaminów wyrobili się przez ten rok niesamowicie. Pytania nadal zadają, ale teraz dużo trudniejsze. I niekoniecznie dotyczące samych regulaminów, a często kwestii organizacyjnych. Takich trudnych pytań nie szczędziła mi na Vervie Agata. Odpowiedzi szukałyśmy wspólnie. Od zawodników można się bardzo dużo nauczyć. Lub dzięki nim. Agatka i ja chętnie się tak od siebie uczymy, ale też wzajemnie motywujemy. Tak się motywowałyśmy również w Warszawie – ja starałam się odpędzić jej obawy związane z finałową rundą PPRB w Żaganiu i zmobilizować do walki o podium, ona mnie do większego zaangażowania w organizację rajdów i do… A nie, nie powiem, to nasze babskie sprawy 😉 A propos – Agata podczas Verva Street Racing poznała mnie z dwoma fantastycznymi dziewczynami. Jedna z nich to właścicielka ślicznego uśmiechu i quada, czyli kolejna babka, którą mogę podziwiać – Zuza Ścibior. Druga to z kolei „piękna pani z telewizji”, a oprócz tego miłośniczka motocykli – Ola Kutz. Hmmm, zawsze czułam się najlepiej w gronie facetów (sama miałam być chłopcem), ale muszę przyznać, że wśród takich dziewczyn, jak Ola, Zuza i Agata, czuję się wyśmienicie. One są po prostu niezwykłe – z jednej strony prawdziwe twardzielki, a z drugiej cudownie kobiece w tym raczej męskim świecie motorsportu. No dobra, dość, bo jeszcze ktoś coś sobie pomyśli 😉

dziewczyny

Agata, Ola i Zuza – piękniejsza strona rajdów

To teraz o facetach. Bo nie tylko koleżanki mam świetne – kumpli też mam w dechę! Wizyta na Verva Street Racing to kumpelstwo potwierdziła, bo w takich pozarajdowych warunkach spotkania z rajdowymi znajomymi były równie serdeczne, jak na rajdach. Choć oczywiście głównym tematem rozmów były właśnie rajdy. Jak choćby z Michałem Goleniowskim, znanym bardziej jako Golon. Z załogami startującymi w RPPST na Baja Poland miałam sędziowsko najmniej do czynienia, zatem okazji do pogawędek również było niewiele. Owszem, wyniki i pucharki widziałam, ale o tym, co działo się w tej grupie uczestników na trasie czy w serwisie wiedziałam prawie nic. Verva Street Racing i spotkanie z szefem Rajdos Ekipos było świetną okazją do nadrobienia tych wiadomości. I tak oto dowiedziałam się, że trasa Baja Poland załogom RPPST wybitnie przypadła do gustu, za to problemy mieli z odnalezieniem się na serwisie w Szczecinie. Te podsumowania Baja Poland stały się dla nas punktem wyjścia do ogólnej dyskusji o organizacji rajdów. Bardzo lubię takie rozmowy, bo są niezwykle konstruktywne – szczególnie właśnie takie, jak te w Warszawie, gdyż pozbawione są rajdowego „amoku”. Dają zaś możliwość konfrontacji dwóch różnych punktów widzenia – zawodniczego oraz sędziowsko-organizacyjnego. A z tego można wyciągnąć naprawdę ciekawe i przydatne wnioski na przyszłość. Ale i tak to, co najważniejsze przy takich spotkaniach, to… same spotkania.

rajdos

Dość oryginalne stoisko Rajdos Ekipos

Tych offroadowych spotkań na Verva Street Racing było znacznie więcej. Skoro impreza firmowana „Vervą”, to nie mogło zabraknąć Orlen Teamu. Zresztą jedną z głównych gwiazd imprezy był Kuba Przygoński. Udałam się zatem w strefę, gdzie widniały namioty z orzełkiem. I owszem, był tam Kuba. Po cichu liczyłam, że może mnie zapamiętał z Baja Poland i nawet tak mi się przyglądał, jakby myślał: „Ja ją skądś znam”, ale tyle tego pamiętania było. Natomiast mogłam sobie posłuchać relację Kuby z przejażdżki Fiestą R5 czy szczegółowych danych nowej wersji jego driftowozu, a także obejrzeć pokaz, w którym jechał Miniakiem z Tomem Colsoulem na prawym fotelu. Toma zresztą widziałam też na serwisie. Chodził uśmiechnięty, zupełnie tak, jak na Baja Poland. Tak się też uśmiechał do mnie w Szczecinie, więc liczyłam, że może mnie zapamiętał. Chyba nie, ale na uśmiech z serii tych szczecińskich w Warszawie się załapałam. A przy okazji dowiedziałam się, że właśnie w tym składzie, czyli Kuba za kierownicą i Tom na prawym, wystartują w zbliżającym się wielkimi krokami Dakarze, oczywiście Miniakiem.

przygon

Kuba Przygoński na Vervie miał pełne ręce roboty

A propos Miniaka Kuby, to warto było postać i się na niego pogapić (a gapiłam się, bo taki ładny, czyściutki, chyba wręcz nawoskowany), bo spotkała mnie miła niespodzianka. Otóż okazuje się, że jednak komuś jednak dałam się z Baja Poland zapamiętać. I to nie byle komu. Mowa o Patryku, jednym z kilku Polaków pracujących w X-raidzie, czyli jednym z najbardziej liczących się zespołów fabrycznych w świecie cross country. Z Patrykiem poznaliśmy się na BK, gdzie w wolnej chwili miałam okazję przy kawie wypytać go o tajniki pracy w tym niemieckim teamie. Cierpliwie na moje „100 pytań do…” odpowiadał, a ja chłonęłam te nowe informacje jak gąbka. W końcu nie co dzień ma się okazję do takich pogawędek. Po takim zestawie pytań, jaki Patrykowi zaserwowałam w Szczecinie, miałby prawo uciekać na mój widok, a tu miłe zaskoczenie. Wypatrzywszy mnie w gronie sterczących przy barierkach kibiców zaserwował mi uśmiechnięte „cześć”. O proszę, jak sympatycznie! Niedługo później i raptem kilka metrów dalej spotkała mnie kolejna miła niespodzianka. Skoro pogapiłam się na orlenowskiego Miniaka, to nie mogłam się nie pogapić także na orlenowską Toyotę Marka Dąbrowskiego i Jacka Czachora. Oraz na Marka we własnej osobie, bo i jego znalazłam na serwisie Orlen Teamu. Na to, że on mnie pozna, nie liczyłam, bo – z wielkim żalem to przyznaję – mimo moich wysiłków i serwowania moich wyjściowych uśmiechów załodze Dąbrowski / Czachor na Baja Poland, uśmiechowego rewanżu z ich strony się nie doczekałam 😦 Szczerze mówiąc, to nawet włócząc się po szczecińskim i drawskim serwisie nie widziałam uśmiechów na twarzach obu panów. Widocznie mają jakieś swoje zgryzoty, o jednej nawet wiem. Toteż i na Verva Street Racing nie oczekiwałam żadnych oznak rozpoznania mnie przez Marka. Ani również ze strony siedzącego przy nim Kuby Piątka, choć z nim miałam okazję powymieniać uśmiechy, pogadać, a nawet przeprowadzić mini-wywiad na gorąco podczas zeszłorocznego Polskiego Safari. Od tamtej pory jednak się nie widzieliśmy, więc zupełnie się nie spodziewałam, że ten młody i sympatyczny motocyklista mnie pozna na Verva Street Racing. A tu proszę! Kuba wypatrzył mnie, podszedł i przywitał się, jakbyśmy się wczoraj widzieli! Śledzę jego poczynania i wiem, że po kontuzji odniesionej podczas Sealine Cross Country Rally wreszcie wraca do rajdów, więc tym bardziej miło mi było zobaczyć go w rajdowych ciuchach przy motocyklu. Jeszcze trochę utyka, ale zapewnił mnie, że już wszystko jest ok., a lekarze pozwalają mu już się ścigać. Lada dzień wystartuje w Maroko, choć podczas Vervy jeszcze nie był pewien, czy faktycznie pojedzie. „Trzymam kciuki!” – obiecałam wówczas. I warto było je trzymać, Kuba już jest w Maroko. Kiedy tak sobie rozmawialiśmy o jego rajdowych planach, w orlenowskim serwisie zrobiło się poruszenie. „Muszę uciekać, za chwilę mam pokaz!” – zameldował Kuba, a ja udałam się pod tor, by ten pokaz pooglądać. No cóż, szału nie było. Orlen Team w składzie Kuba Przygoński i Tom Colsoul, Marek Dąbrowski i Kuba Piątek wyjechali na tor, machając do publiczności zrobili kilka okrążeń zupełnie nie rajdowym, a całkowicie pokazowym tempem i wrócili na serwis. „Wiesz, jednak wolę Was oglądać na rajdach” – powiedziałam śmiejącemu się Kubie. „Niezły pokaz dałem, co?” – jeszcze bardziej roześmiał się młody motocyklista. Przyznałam, że w roli papieża pozdrawiającego lud wypadł wyśmienicie – kto nie widział, ten trąba 😉 W tej wesołej atmosferze udało mi się wysępić od Kuby kartkę z autografem – a cooo, ja też mogę! Niedługo później jednak kartka stała się nośnikiem pozdrowień od Kuby Piątka dla Agaty Stefaniak, których byłam kurierem 🙂

kuba

Teamowe pogawędki Kuby Piątka i Marka Dąbrowskiego

Wróćmy jednak do początku. Dosłownie, bo moja wizyta na Verva Street Racing rozpoczęła się od zawitania w nieskromne progi Łódzkiego Klubu Offroadowego, reprezentowanego w pierwszej kolejności przez Arka Lindnera, następnie jego brata Radka, a w końcu całą resztę ekipy. Nie, moment, tak naprawdę dla mnie ta impreza rozpoczęła się na bramkach, gdzie pozbawiono mnie zbytniego bagażu, a uznano za niego aparat fotograficzny, perfumy i napój. Te niedogodności zdążyłam jednak bardzo szybko zapomnieć, gdyż dosłownie kilka chwil później witałam się z „ziomkami” z ŁKO. Po serii serdecznych powitań zamieniliśmy trochę równie serdecznych słów, pożartowaliśmy, a potem poszłam na dalszych obchód terenu imprezy.

lko

Offroadowcy na asfalcie – ŁKO tuż przed pokazem

Do tej przyjaznej przystani, jaką było stanowisko ŁKO, wracałam podczas wizyty na Vervie jak bumerang, spotykając tu kolejnych przyjaciół, w tym Piotrka Serbistę, który, podobnie, jak ja, wpadł tu w odwiedziny. Podczas jednego z takich powrotów miałam też okazję porozmawiać z wschodzącą gwiazdą i przyszłym mistrzem sportów motorowych, Aleksem Lindnerem. Dowiedziałam się między innymi, że Aleks nigdzie się nie rusza bez jakiegoś pojazdu terenowego – w Warszawie miał ze sobą motocykl crossowy – swój własny! – który mi z dumą zaprezentował. Zobaczycie, o tym młodym człowieku kiedyś będzie głośno! Status prywatnego kierowcy Nassera Al-Attiyah, którym Aleks podbił internety po Baja Poland, to dopiero początek jego kariery! Wspomnę w tym miejscu, że zawiłości regulaminowe rajdów baja Aleks ma już w małym paluszku – sama mu niektóre z nich wyjaśniałam. A na razie cieszę się, że mam takiego fajnego, młodego kolegę. Tych starszych kolegów też mam fajnych. Koleżanki również fajne. I w tym fajnym towarzystwie spędziłam ostatnie i chyba najfajniejsze chwile na Verva Street Racing. Gdy impreza zbliżała się już ku końcowi, usiedliśmy sobie wspólnie przy jednym stole, by się co nieco posilić i wypić herbatkę. Towarzystwo do tej herbatki miałam zacne – i Aleks, i jego tata Arek, i brat Arka Radek, i cały ich team, a także moje wspaniałe kumpele – Agatka oraz nowo poznane Ola i Zuza. Taka fajna offroadowa rodzinka. I tak fajnie było poczuć się jej częścią. Tak, zdecydowanie warto było wyskoczyć na tych kilka godzin do Warszawy.

 

AM

 

PS. Okazało się, że wrażenia z Vervy nie skończyły się dla mnie w Warszawie. Otóż miła niespodzianka spotkała mnie ze strony Kuby Przygońskiego, któremu spodobało się moje zdjęcie z Vervy, jakie zamieściłam mu na Facebooku 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s