DAKAR 2017 – RAJD DLA POKORNYCH?

Tym razem będzie trochę inaczej… Zwlekałam z relacją z etapu 3 Dakaru 2017, bo liczyłam na to, że czarne scenariusze, które można było rysować na podstawie wydarzeń na tym oesie, nie zrealizują się. A jednak… Potem zaczęły napływać równie nieciekawe wieści (na szczęście akurat nie dla Polaków) z etapu 4. I jeszcze ten 10 etap… I tak sobie myślę, że jakiś wyjątkowo wredny w tym roku jest ten Dakar Wśród tych myśli ciągle natrętnie pojawia się jedno słowo – pokora. Zatem zamiast tradycyjnych podsumowań, tym razem będzie właśnie o niej.

Wiele się mówi o tym, co jest kluczowe w osiągnięciu sukcesu na Dakarze. Dobre, całoroczne, a nawet wieloletnie przygotowanie – zgadza się. Ale to nie wystarczy. Bo trudno braku przygotowania odmówić choćby niemal nie schodzącemu z quada Sonikowi, a jednak już na pierwszym etapie miał „kosztowną” wywrotkę, zaś w zeszłym roku z rajdu wykluczyła go awaria. Doświadczenie – zgadza się. Ale to nie wystarczy. Bo przecież nie można powiedzieć, że na przykład Sainzowi go brakuje, a jednak co roku przytrafiają mu się jakieś przygody. Także teraz, już na 4 etapie. Silny zespół – zgadza się. Ale to nie wystarczy. Bo taki Kamaz miał w zeszłym roku (w tym zresztą też) najsilniejszy team, złożony niemal z samych dotychczasowych zwycięzców, a jednak na najwyższym stopniu podium stanął de Rooy, a i w tym roku mocno kamazowcom poprzeszkadzał, zaś jednym z dwóch najszybszych kierowców rosyjskiego teamu jest ten bez tytułu. Talent, „to coś” – zgadza się. Ale to nie wystarczy. Bo Toby Price talent niewątpliwie ma, skoro w zeszłym roku wygrał swój zaledwie drugi w życiu Dakar, a jednak tym razem już na 4 etapie dla niego rajd się boleśnie zakończył. Szybkość – zgadza się. Ale to nie wystarczy. Bo kto inny, jak nie dziewięciokrotny Mistrz Świata WRC, Sebastien Loeb, jest najszybszym kierowcą startującym w Dakarze? A jednak w zeszłym roku ta niesamowita szybkość wystarczyła mu raptem na pół rajdu. Strategia i taktyka – zgadza się. Ale nawet i one nie wystarczą. Bo mistrz strategicznego myślenia i kalkulacji każdej sekundy, który jest w stanie kontrolować rajd od pierwszego do ostatniego metra, Nasser Al-Attiyah, z zeszłym roku był drugi. W tym roku, mimo heroicznej walki na 3 etapie, z Dakarem 2017 szybko się pożegnał.

Czego więc im zabrakło? Szczęścia? Szczęściem się Dakaru nie wygrywa. Ani jego brakiem nie przegrywa, choć tą teorią pewnie wielu się narażę. Nie raz się słyszy, że temu czy innemu zawodnikowi zabrakło szczęścia, bo maszyna się zepsuła, bo przydarzył się dzwon czy wywrotka, bo się napatoczył wolniejszy zawodnik, którego się nie dało wyprzedzić, bo… Ja w szczęście i nieszczęście nie wierzę, więc być może z tego powodu nie widzę go także na Dakarze. Ale przecież maszyny same się nie psują – ulegają awariom na skutek błędu kierowcy lub niedopatrzenia czy wręcz zaniedbania serwisu. Dzwony i wywrotki też nie biorą się znikąd – te zawsze są wynikiem błędu zawodnika, choćby nawet najmniejszego. Wolniejszy zawodnik na trasie także nie spada z nieba – na pozycję startową czy tę już na odcinku trzeba sobie zapracować. A propos spadania z nieba – na 3 etapie dziwną przygodę miał słowacki motocyklista Ivan Jakes. Otóż… trafił go piorun! Dotarł jednak do mety, i to z bardzo dobrym 15 czasem. Po badaniach na biwaku okazało się, że nic mu nie jest i może kontynuować rajd. Nooo, on to akurat faktycznie może mówić o szczęściu i nieszczęściu. Na szczęście tego pierwszego było więcej 😉 Co prawda nie na długo, bo po 5 etapie jednak postanowił się wycofać z rajdu. A więc przeznaczenia jednak nie da się oszukać.

price-j1pg

Toby Price – można być na szczycie, można też z niego boleśnie spaść

No więc skoro nie chodzi o szczęście, to o co? Moim zdaniem rozwiązaniem zagadki jest pokora. Dakar lubi pokorę, a za jej brak lub choćby minimalny niedobór potrafi się okrutnie mścić. Zwróćcie uwagę, że tegoroczny Dakar jest wyjątkowo wredny dla faworytów – na pierwszym etapie wywrotka Sonika, na 3 urwane koło i w konsekwencji wycofanie się Al-Attiyaha, na 4 wypadek skutkujący złamanym udem Price’a oraz poważna rolka Sainza, również z efektem w postaci zakończenia udziału w rajdzie. Mało tego – etapy wygrywają zawodnicy niekiedy zupełnie spoza grona faworytów, a fotel lidera przechodzi z rąk do rąk (no, może poza samochodami). To trochę tak, jakby ten rajd dawał prztyczki w nos tym, którzy odważają się z nim wygrywać. Takiego prztyczka w nos już na dzień dobry dostał największy faworyt quadowy, Rafał Sonik. Paradoksalnie, dla niego to akurat okazało się  największą szansą. Dakar już mu pokazał, kto tu rządzi i zmusił do pokornego walczenia o odzyskanie każdej straconej pozycji, każdej straconej minuty. To zupełnie inaczej niż w zeszłym roku, kiedy Polak również był zdecydowanym faworytem i otwarcie zapowiadał walkę o obronę tytułu z 2015 roku. Jego główni konkurenci, bracia Patronelli, nie zapowiadali nic. I co? Sonikowi szło całkiem nieźle w tej potyczce, ale tylko do 5 etapu, na którym dopadła go awaria, zmuszająca go do zakończenia udziału w rajdzie. Teraz Rafał od początku rajdu jedzie w kurzu tych, których pewnie sam by nie podejrzewał o tak dobre wyniki. Ale te „pistolety” powoli się wystrzeliwują, rywalizacja staje się coraz bardziej nieprzewidywalna, a Sonik jedzie swoje i wydziera rywalom i Dakarowi kolejne sekundy, minuty. Choć na 4 etapie dostał kolejne ostrzeżenie – tym razem spadł z quada. Niesamowita lekcja pokory.

sonik

Rafał Sonik musiał ciężko walczyć, by wydzierać rywalom kolejne minuty

Teraz przyjrzyjmy się przypadkowi Carlosa Sainza. To prawdziwa rajdowa legenda, ogromnie doświadczony kierowca, o którym wiadomo, że potrafi zwyciężać, także Dakar. A jednak to udało mu się tylko raz i to 7 lat temu. Ostatnich 4 edycji nie ukończył. W zeszłym roku, podobnie, jak w tym, wypadek przydarzył mu się w momencie, kiedy próbował odrabiać straty spowodowane problemami na początku 4 oesu, czyli wtedy, kiedy miał szansę powalczyć o przejęcie liderowania w rajdzie. Coś jakby za duża presja. I przy tym taka dakarowa arogancja – polegająca na tym, że nie bierze się na klatę tego, co przynosi rajd, tylko za wszelką cenę i zbyt szybko chce się los odwrócić. W tym roku u Sainza brak dakarowej pokory ujawnił się także w innej kwestii – regulaminów. Narzekał na nowe przepisy, które ograniczyły zwężkę w Peugeotach, a zwiększyły w Toyotach. I co? I to Toyoty się zbuntowały, odbierając Sainzowi argumenty. I kiedy te Toyoty pokonał, przegrywając jedynie z kolegą z własnego zespołu, to jemu przytrafiły się na początku 4 oesu kłopoty, a jak próba ich zbyt szybkiego odrobienia się skończyła, to powszechnie wiadomo. Kolejna bolesna lekcja pokory dla Hiszpana. Zobaczymy, czy tę lekcję w końcu odrobi…

Zespół Kamaza to najmocniejszy dakarowy zespół pod względem liczby członków z wygranymi Dakarami na koncie. Aż 3 z 4 kierowców tego teamu stawało na najwyższym stopniu podium. Co więcej, ten team zwyciężył 12 z 16 edycji Dakaru rozgrywanych od 2000 roku. W Internecie krąży cała masa zdjęć i filmików z niemal kaskaderskimi popisami kierowców tego rosyjskiego zespołu, przy oglądaniu których samo się człowiekowi wyrywa „Wooow!” Co roku chyba nikt nie ma wątpliwości, że zespół Kamaza będzie walczył o obsadzenie całego podium swoimi załogami. I oni tych wątpliwości też nie mają. A jednak w zeszłym roku najwyższy stopień podium wydarł im Gerard de Rooy, który 4 lata czekał na swoją szansę na 2 w karierze zwycięstwo. Rosjanie byli tym faktem wyraźnie zniesmaczeni. Uznali, że starego, dobrego Kamaza 43269 należy zamienić na nową broń z długim „nosem”, jaki ma Iveco de Rooya i w zaciszu fabryki, z dala od nieuprawnionych oczu zbudowali model 43509, który pokazali tuż przed Silk Way Rally. A tam ten supernowoczesny twór nie zrobił rewolucji – jadący nim Nikolaev zajął 4 miejsce. Na Dakar 2017 Rosjanie wysłali ponownie sprawdzoną i wygrywającą wersję Kamaza, ale i ta nie jest nie do pobicia. Zespół Kamaza chyba jednak swoją zeszłoroczną lekcję pokory odrobił, bo tym razem ewidentnie strategia uwzględniała przede wszystkim drugą połowę rajdu, pierwszą jakby sobie nieco odpuścili. Ale to z kolei sprawiło, że znów nie udało im się zapełnić całego podium. Kolejna lekcja pokory.

kamaz

Czasem Kamazy muszą się pokłonić de Rooyowi

Wyjątkowy talent – tak mówiło się o umiejętnościach Toby’ego Price’a, który popisał się fenomenalnym wynikiem w ubiegłorocznej edycji Dakaru. Bo tylko człowiek o wyjątkowym talencie może stanąć na podium (3 miejsce) w swoim debiutanckim Dakarze, a rok później wygrać. Nic więc dziwnego, że był w tym roku zdecydowanym faworytem, tym bardziej, że przez cały sezon udowadniał, że ma ku temu wszelkie predyspozycje. Sam także chyba był pewien swoich możliwości, umiejętności i szans. I co? I początek Dakaru nie był dla niego wymarzony, ale już na etapie 2 udało mu się błysnąć talentem i wygrać oes. To go chyba jeszcze utwierdziło w przekonaniu, że może na Dakarze 2017 znów powalczyć o najwyższe laury, bo nawet komentując to etapowe zwycięstwo mówił, że ma nadzieję, że jeszcze wiele takich dni przed nim i że jest gotowy na następny etap. Tyle że na tym następnym etapie już tak różowo nie było – 10 miejsce na odcinku i spadek na 5 w generalce. Ale tego, co stało się dzień później, na 4 etapie, na pewno się nie spodziewał. Kraksa, złamana kość udowa, koniec rajdu… Bolesna lekcja pokory.

price2

Toby Price – faworyt na szpitalnym łóżku

No i co z tego, że wygrałeś 9 razy Mistrzostwa Świata WRC? To jest Dakar. A Dakar to Dakar, tu panują dakarowe zasady. Tak można by powiedzieć o zeszłorocznym, debiutanckim udziale Sebastiena Loeba w tym terenowym supermaratonie. Wielu ludzi, zresztą wraz z samym Loebem, zachwycało się jego wynikami na początku rajdu i po zaledwie kilku etapach wróżyło mu zwycięstwo. Im więcej tych peanów na jego cześć się śpiewało, tym bardziej on „gwiazdorzy”, nierzadko nawet był wręcz arogancki. Zachłysnął się już swoimi sukcesami. I co? I wraz z nastaniem etapów pustynnych zaczęły się problemy Loeba. 3 rolki w jednym rajdzie – to też niezły wynik. Finalnie 9 miejsce, a miało być tak pięknie. Solidna lekcja pokory. Choć chyba nie odrobiona. W tym roku też Francuz rozpoczął rajd z wysokiego C, ale wyniki już nie są tak spektakularne, choć przez 3 z 7 rozegranych etapów był liderem rajdu. Znów gwiazdorzy, choć jednak jakby trochę mniej. I gdyby nie zespół, który zdaje się go prowadzić jak po sznurku, to… Nie wiem, co by było, gdyby zabrakło w pewnym momencie Peterhansela i Despresa. I pewnie się już nie dowiem. Choć rajd się jeszcze nie skończył.

loeb

Gwiazdorski uśmiech Sebastiena Loeba

I wreszcie Nasser Al-Attiyah. Dla mnie nieodżałowany, bo od wielu lat ten kierowca, a od 2 lat także jego pilot, Mathieu Baumel, są moimi największymi idolami. Mistrzowska strategia i taktyka tego duetu sprawia, że są w stanie wygrywać praktycznie wszystkie rajdy, kontrolując je od początku do końca. Pamiętacie Dakar 2015? Ja pamiętam doskonale. Przede wszystkim dlatego, że to właśnie ci moi idole go wygrali. Pamiętam świetnie również to, jak ten pogodny Katarczyk zyskał miano „Mr Quite Happy”. Wzięło się to z tego, że jego każdy komentarz po etapie – niezależnie od tego, jak mu poszło – zaczynał od słów „Yeah, we are quite happy”. I nigdy na nic nie narzekał. I wygrał. W zeszłym roku „quite happy” już bardzo rzadko się pojawiało, a Nasser zaczął narzekać na Mini, którym nie mógł dogonić Peugeotów mimo własnej jazdy na 120%. Nawet po jednym z etapów przymierzał się do francuskiego pojazdu. Rzeczywiście Peugeotów, a konkretnie jednego z nich, nie dogonił i rajd skończył na 2 miejscu. Po rajdzie, wyraźnie rozżalony, jeszcze bardziej narzekał na Mini, które jego zdaniem technologicznie wyraźnie odstawało od głównego konkurenta. Zaraz po Dakarze ogłosił też rozwód z X-raidem i poszukiwania nowego zespołu. Znalazł Toyotę. Wygrał nią Puchar Świata, totalnie deklasując rywali. Wydawać się więc mogło, że znalazł to, czego szukał i że znów będzie miał szansę na wygraną, zwłaszcza przy regulacjach dotyczących zwężek w poszczególnych markach. Wygrał pierwszy oes. Na drugim był drugi, za znienawidzonym Peugeotem. Ale uparcie twierdził, że to bardzo dobrze, że tak miało być, bo nie chce otwierać trasy. I zapowiadał dalszą walkę o zwycięstwo. Na 3 etapie walczył wręcz heroicznie, choć już bardziej o przetrwanie niż wygraną. Po uderzeniu w kamień urwał koło i na pozostałych trzech kołach jechał aż 60km! W końcu je naprawił, tracąc jednak mnóstwo czasu i w zasadzie również szansę na wygraną. Ale chciał jechać dalej. Tyle, że auto było ponoć tak zdemolowane, że nie było sensu nawet próbować go naprawiać. Trzeba było się wycofać z rajdu. Bardzo bolesna lekcja pokory. I dla Nassera, i dla mnie, bo naprawdę wierzyłam w to, ba!, byłam pewna, że tym razem wygra ten Dakar.

 

Jeszcze muszę wspomnieć o Mikko Hirvonenie, bo jemu również bardzo mocno kibicowałam. Właśnie dlatego, że jest dla mnie wzorem rajdowej pokory. Obdarzony wielkim talentem, szybko i chętnie uczący się, tytan pracy, a do tego wyjątkowo skromny. To plus jeden z najlepszych dakarowych pilotów, Michel Perin, i stosunkowo niezawodne Mini do kompletu złożyło się na rewelacyjne 4 miejsce w jego debiutanckim Dakarze 2016. W tym roku miał bardzo realną szansę na podium. I nawet przez chwilę na nim był – na tym wrednym 4 etapie zajął świetne 2 miejsce, a tym samym 3 w generalce. Oczywiście, że się cieszył, ale skromnie mówił, że to nic, że droga daleka. No i gdzie tu brak pokory? Może wystarczyło właśnie to, że tak szybko po to podium sięgnął… Etap później bowiem boleśnie z tego podium spadł, tracąc praktycznie szansę na jego odzyskanie. Ale się nie poddał, jechał dalej. I być może to była dakarowa arogancja, która została ukarana wydarzeniami z 10 etapu… Bardzo bolesna lekcja pokory. Ale Mikko i tak pojechał dalej, pokornie zmierzając do mety.

AUTO - DAKAR 2017 - PART 1

Mimo swojej skromności, Mikko Hirvonen nie mógł przewidzieć tego, co go spotka

No dobra, a co zawinili nasi? Wszak już pożegnaliśmy 4 Polaków… Otóż to samo. Z bólem to przyznaję, bo zawsze bardzo mocno trzymam kciuki za wszystkich naszych rodaków, którzy startują w tym ultra trudnym rajdzie. Po kolei. Kuba Piątek. Bardzo sympatyczny, ambitny młody chłopak. W zeszłym roku świetnie sobie poradził z tym rajdem – w swoim drugim i pierwszym ukończonym Dakarze zajął 20 miejsce. Ale niedługo później, bo w kwietniu złamał nogę podczas Sealine Cross Country Rally i długo musiał się rehabilitować. No właśnie – może ten brak dakarowej pokory to decyzja o starcie po zbyt krótkim czasie na solidne przygotowania? Jakby Dakar mu chciał powiedzieć „Wracaj do domu, nie jesteś jeszcze gotowy”. Gotowy zdawał się być Maciek Berdysz, nasz samotny jeździec, dakarowy romantyk. Ale i na niego szybko, bo już po 2 etapie, przyszła kolej na pakowanie się i powrót do domu. Pokory zawodnikowi startującemu w kategorii malles motos teoretycznie nie można odmówić, więc w czym rzecz? Ano być może w tym, że zawiesił sobie poprzeczkę, wysoką poprzeczkę. Mówił przecież, że w tym roku będzie chciał powalczyć o zwycięstwo wśród „samotnych wilków Dakaru”. No to sobie powalczył… Dosłownie chwilę dłużej powalczył Sebastian Rozwadowski, pilotujący swojego litewskiego kierowcę Benediktasa Vanagasa. Niezły zeszłoroczny wynik – 26 miejsce – osiągnięty mimo licznych przygód, choćby z wyskakującą na drogę krową, pobudził apetyt na jeszcze lepsze miejsce. I mimo tego, że w tym roku panowie jechali dość rozważnie, to przytrafiła się awaria eliminująca ich z rajdu. No dobra, a gdzie tu brak pokory? Po drugim etapie. Seba i Ben narzekali wtedy na to, że mimo ustalonej pierwszym oesem kolejności startowej, organizator dał możliwość skorzystania zawodnikom priorytetowym z dzikich kart i puścił ich przed litewsko-polską załogą, a oni musieli przez to jechać w kurzu. To na następnym etapie już w kurzu nie pojechali – za to sobie w nim parę ładnych godzin postali… Natomiast z kurzem, rywalami itp., itd. bardzo ładnie sobie radził nasz debiutant, Adam Tomiczek, który nawet nieco zaskakiwał aż tak dobrymi wynikami. Nie narzekał, nie stawiał sobie celów, ale może właśnie za dobrze sobie radził. I może nawet uwierzył w to, że może z dobrym wynikiem dojechać do mety. Dakar za tę arogancję debiutanta zesłał mu zapalenie płuc…

sr

Sebastian Rozwadowski – raz na wozie, raz pod wozem

Pokora. Ciągle mi to słowo brzmi w głowie na myśl o tegorocznym Dakarze, choć jakoś ma się to w sprzeczności z wynikami. Może jednak naprawdę coś jest w tej teorii dakarowej pokory. A może tylko w ten sposób sobie tłumaczę sytuacje, które ciężko wytłumaczyć inaczej. Nic się przecież nie dzieje bez przyczyny. Chyba… A ja chyba wciąż chcę wierzyć w tego mitycznego ducha Dakaru, który kieruje losami śmiałków próbujących się z nim zmierzyć.

 

AM

 

Fot. Facebook.com/DakarRally, Marcelo Maragni / Red Bull Content Pool, MCH Photo (via Facebook.com/RafałSonik), Flavien Duhamel / Red Bull Content Pool, Facebook.com/TobyPriceRacing, X-raid, Team Pitlane

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s