KALEJDOSKOP EMOCJI – wspomnienia z Baja Inter Cars 2016

To był dziwny rajd. Pełen nerwów, niepewności, nieprzewidywalnych sytuacji. Rajd, podczas którego można było zaobserwować cały kalejdoskop emocji – od euforii po wściekłość, od radości po łzy. Jako ostatnie zawody w sezonie, był to też rajd pożegnań. Ale pożegnań takich, jak byśmy mieli się wkrótce znów spotkać. To był dziwny rajd, ale co by nie mówić o Baja Inter Cars, w tej jej dziwności było też coś magicznego. Tę magię tworzyli ludzie, którzy się tam spotkali.

Długo się zastanawiałam, co napisać o Baja Inter Cars. Tak mnie, jak chyba większości osób, które w tym wydarzeniu uczestniczyły, po powrocie kłębiło się mnóstwo myśli. Wyniki jakie są każdy widzi, o tym, jak się zmieniały, też chyba każdy wie. Kto co sobie ostatecznie wywalczył też wiadomo. Kiedy pisałam zapowiedź tej ostatniej rundy Rajdowych Mistrzostw Polski Samochodów Terenowych, Rajdowego Pucharu Polski Samochodów Terenowych i Pucharu Polski w Rajdach Baja, wspominałam, że ten rajd może być pełen niespodzianek i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Nie sądziłam jednak, że będzie ich aż tyle i aż takich. Ale miało to też swoje dobre strony. Rajd był bowiem nie tylko emocjonujący, ale i emocjonalny. Przede wszystkim emocjonalny. A tych emocji była cała paleta. Krótko mówiąc Baja Inter Cars to był kalejdoskop emocji, kalejdoskop postaw. A ponieważ na rajdach terenowych są naprawdę fantastyczni ludzie, tych pozytywnych było o wiele więcej. Sami zobaczcie.

bz4

Życzliwość to jedna z wizytówek Baja Inter Cars – Radek Lindner holujący Adriana Janika

Zniecierpliwienie

Jaki tu spokój, na na na na, nic się nie dzieje… W myślach sobie podśpiewywałam w czwartek tuż po przyjeździe do Wiechlic. Pusto. Kilka samochodów na parkingu, od czasu do czasu przemykająca jakaś nieznana postać. Czy oprócz Magdy, Kuby i mnie (w takim składzie przybyliśmy) ktoś tu jest? Nerwowo wypatrywałam jakichś znajomych twarzy. Objawił się jedynie Mariusz Wojtasik, który tuż przy biurze doglądał quada Jarka Kalinowskiego. Mariusz to człowiek ciepłego uśmiechu i oaza spokoju, ale też wyglądał na zniecierpliwionego. Czy są tuż jeszcze jacyś rajdowi ludzie? Nie ma. To trzeba poszukać. Znaleźliśmy Darka i Beatę, których zmusiliśmy do otwarcia biura i rozpoczęcia pracy. Ale mimo tego, że mieliśmy co robić, czas oczekiwania na zawodników i początek rajdu dłużył się niemiłosiernie. Nawet wtedy, kiedy już wieczorem w pokoju czyniliśmy ostatnie przygotowania, a pierwsze meldunki o docierających zawodnikach nadciągały. I rano, kiedy oczekiwałam pierwszych zawodników na BK, też mi się każda minuta dłużyła. No, niech już się zacznie ten rajd!

bz11

Niecierpliwi, ale szczęśliwi – radosne oczekiwanie na BK

Zawodnicy też się niecierpliwili. Widać to było już właśnie na BK, gdzie co chwilę rosła kolejka pojazdów. Zawodnicy krążyli wokół pekacowego zegara, by się po raz n-ty upewnić, czy to już nie ich pora. Po raz kolejny niecierpliwie krążyli na przegrupowaniach. Ci, których kolej do wyjazdu się zbliżała, jeszcze bardziej ci, którzy czekali na nadanie czasu, a wszyscy, z sędziami przegrupowania, czyli Nikolą, Zbyszkiem i mną oraz czuwającą nad nami Magdą włącznie, gdy czekaliśmy na decyzję o losach ostatniego niedzielnego oesu. Te chwile niecierpliwego oczekiwania staraliśmy się sobie wszyscy jakoś umilać, choćby dowcipami. A powody do śmiechu dawało się znaleźć nawet w z pozoru mało zabawnych sytuacjach.

Rozbawienie

Wspomniałam o pokoju, w którym przyszło nam przygotowywać się do rajdu i regenerować siły każdego kolejnego dnia. Ten pokój, jak i cała sędziowska kwatera, stały się niezłym materiałem do żartów. Choć w pierwszym momencie niespecjalnie nam było do śmiechu. Ani tym bardziej wtedy, gdy zabrakło ciepłej wody. Ale po kolei. W czwartkowy wieczór nasza trójka – głównodowodząca Magda Lewandowska, kierownik parku serwisowego Kuba Łopott i ja – przybyliśmy na miejsce spoczynku. Od razu zwróciliśmy uwagę na młodzież (ewidentnie trudną), która krążyła wokół sąsiadującego z hotelem internatu. – Chyba będziemy mieli ciekawe towarzystwo, hi hi – rzuciło któreś z nas. – Nieee, oni są w internacie – któreś inne stwierdziło z pełnym przekonaniem, że z ową młodzieżą nic wspólnego nie będziemy mieli. Czekając na klucze, chichraliśmy się po cichu z nazwiska, które wyczytaliśmy na jakiejś hotelowej liście. Bo jak tu się nie śmiać, kiedy ktoś zwie się Poczęty Stefan? Z ledwo skrywanego rechotu wyrywa nas decyzja o numerze pokoju. – Numer 213. Państwa pokój jest w internacie, drugie piętro – zażartowała recepcjonistka. A nie, to wcale nie był żart. Na chwilę nam zrzedły miny. Na chwilę, bo zaraz pojawiła się myśl: – Heh, ale przynajmniej będzie można palić w pokoju, bo da się zwalić na młodzież! I w śmiech. Nie ma to jak znajdować plusy w minusach. Jak tylko weszliśmy do pokoju, znów trzeba było ich poszukać. W sumie nie było to trudne. Wystarczyło wyjść na korytarz. Na drzwiach do każdego skrzydła internatu wisiały plakaty dotyczące różnych trudnych kwestii, z którymi boryka się trudna młodzież, czyli de facto nasi współlokatorzy. Przemoc, narkotyki – niby poważne sprawy, ale… my nie byliśmy ani trochę poważni. Stąd też wzięło się stwierdzenie następującej treści: mieszkamy w internacie o standardzie poprawczaka, w sekcji narkotykowej. Śmialiśmy się z tego odkrycia do rozpuku. No, aż do momentu kiedy odkryliśmy, że łazienki się nie zamykają. Później okazało się także, że ciepła woda też nie zawsze tu jest dostępna. Ale i to miało swoje zabawne konsekwencje. Rozpoczęliśmy intensywne poszukiwania dobrej duszy, która użyczy nam swojej łazienki. Owszem, znalazły się dobre dusze, które bezinteresownie chciały się podzielić z nami dobrodziejstwem łazienki. Jednak większość dusz miała swoje stawki lub warunki. Szczególnie zabawne były negocjacje z mieszkającymi w pałacu technikami, a szczególnie Hubertem, który wziął na siebie rolę głównego negocjatora. Co ciekawe, handlował nie tyle łazienką chłopaków, co… basenem. Przedmiot negocjacji dyplomatycznie pominę 😉 Po długich dyskusjach nawet udało się dobić targu, ale – na nieszczęście chłopaków (chyba) – do naszych prysznicy powróciła ciepła woda, a kąpanie się w nie zamykających się kabinach podnosi poziom adrenaliny. A tak, nie tylko zawodnicy mają na rajdzie podniesiony poziom adrenaliny, sędziowie także.

bz13

Internat o standardzie poprawczaka, sekcja narkotykowa 😉

A propos zawodników, to chyba ta adrenalina, a może po prostu fajne charaktery, powodują, że stres zamieniają na humor. I, podobnie, jak my w naszym uroczym internacie, w niezbyt wesołych sytuacjach szukają czegoś do śmiechu. Zaraz po tym, jak zawodnicy zarzucali nas mocno emocjonalnymi wieściami z odcinków, stawali sobie w grupie, z której co chwila dochodziły salwy śmiechu. Chyba największe, co ciekawe, były po najbardziej kłopotliwym oesie „Świętoszów”. Kiedy tylko mogliśmy, staraliśmy się im w tym śmiechu wspierać, opowiadając zabawne historyjki – szczególnie dużym zainteresowaniem cieszyły się te o naszym nietypowym lokum. Ale prowodyrką sesji śmiechoterapii dla zawodników była nasza szefowa Magda, która jak z rękawa sypała kawałami. Ten o genezie imienia Tomasz (dla wtajemniczonych!), który zaserwowała Tomkowi Piecowi, to chyba przejdzie do rajdowej historii. Podobnie pewnie zresztą jak przezwisko, które nadaliśmy przypadkiem Krzyśkowi Jarmużowi. Kiedy ten motocyklista czekał przed naszym pekacem, pomyślałam sobie głośno, że teraz jest taka moda na różne potrawy z jarmużu (jakby ktoś nie wiedział, to jest to taka zdrowa, zielona roślinka) – sałatki z jarmużu, shaki z jarmużu. A mnie ta roślinka ciągle przywodzi na myśl właśnie Krzyśka Jarmuża. Na co Magda rzuciła jakby od niechcenia: – No, po tej trasie to chyba faktycznie jest shake z Jarmuża… Oczywiście Krzyśka poinformowałam o nadanym mu przydomku – miał chłopak ubaw. I o to chodziło! To zaskakujące, jak wiele powodów do śmiechu można znaleźć na tak ciężkim i stresującym rajdzie, jak Baja Inter Cars.

bz8

Shake z jarmużu, yyy, Jarmuża, Krzyśka Jarmuża 😉

Zaskoczenie

Zaskakujących sytuacji na Baja Inter Cars było co najmniej kilka. Pierwsze zaskoczenia przyszły już wraz z prologiem, który okazał się bardzo wymagający. Po padających przed rajdem deszczach można się było domyślić, że pewnie będzie ślisko i w związku z tym nielekko, ale przez to również można było przewidywać, że zawodnicy będą jechać ostrożnie. Ale byli tacy, którzy mimo wszystko potrafili zaskoczyć. Pracując na wyjeździe z serwisu przed prologiem, a następnie przed show-startem, nie mieliśmy okazji widzieć zmagań na tym niespełna 6-kilometrowym superoesie, ale mogliśmy zobaczyć ich efekty. Jakoś dziwnie, jakby po jakichś przygodach, wyglądała Navara „Gepardów”, czyli Grześka Marciniaka i Krzyśka Tomczuka. Faktycznie, przygody były, co świetnie uchwyciła swoim obiektywem Sandra Biegun – jedno z jej zdjęć zdradziło, że „Gepardy” trenowali gimnastykę artystyczną. Na szczęście dla załogi skończyło się tylko na lekkim grymasie buźki Navary. W o wiele gorszym stanie przybyło zaś do nas Pajero Rafała Romaldowskiego i Moniki Mikiel, które już na pierwszy rzut oka wyglądało jak po dachowaniu. A w zasadzie ono przybyło tylko na serwis – do nas dotarła już tylko Monika, niosąca w dłoniach formularz wycofania z rajdu. – A co to się wydarzyło??? – zapytałam zdziwiona zarówno widokiem auta, jak i formularza. – Rowy zwiedzaliśmy – z nieco skrzywionym uśmiechem odpowiedziała Monika, po czym myśl nieco rozwinęła: – Wpadliśmy do jednego rowu, a gdy próbowaliśmy się ratować, zniosło nas do drugiego i fiknęliśmy. Rafał i Monika pewnie sami byli zaskoczeni takim obrotem sprawy. Mnie zaś kolejne zaskoczenie związane z piątkowym prologiem spotkało w sobotę rano, gdy przed rozpoczęciem pracy przechadzałam się po serwisie. Odkryłam bowiem, że pomiędzy stanowiskami serwisowymi na lawecie stoi samotnie zielony Jeep Tomka i Filipa Gołków. Jeśli auto może mieć smutny wyraz twarzy, to ów Jeepek właśnie taki miał. Co więcej, miał jedną nóżkę bardziej, jak to się mawia. Drugą zaś jeszcze bardziej.

bz14

Smutny Jeepek z jedną nóżką bardziej

Nooo, panowie, nie tak się umawialiśmy! No bo przecież umówiliśmy się: „Wklepcie Japie!” (Żeby nie było – Japa nie ma nic przeciwko, zwłaszcza, że lubi rywalizację z Gołym). Jest to takie zaklęcie, które serwuję panom Gołkom przed rajdami i które – poza jednym wypadkiem przy pracy – działało. Zaskoczenie moje, gdy zobaczyłam kulawego Jeepka, było więc podwójne. Po pierwsze tym, że już na prologu panowie mnie nie posłuchali, a po drugie – że najwidoczniej moje zaklęcie straciło swoją moc. No bo to, że nie zadziałało raz, można uznać za przypadek, ale druga wpadka świadczy o tym, że coś jest nie tak. Ale to już koniec sezonu, przez długą zimę będę mogła popracować nad zaklęciami. Nota bene wspomniany Japa też mnie zaskoczył. Jacek Soboń i jego medialny pilot, Kacper Jeneralski, to w tym roku w RPPST załoga praktycznie nie do pobicia. Co więcej, ich auto, formalnie będące Vitarą, a nieformalnie marka Borówa model Zjeeb ;), po, powiedzmy, testowej fazie zeszłorocznej, teraz zdawało się już być wolne od problemów. No, prawie. W każdym razie w tym sezonie pozwalało Japie i Kacprowi na wygrywanie wszystkich rajdów za wyjątkiem tych, w których zwyciężali Tomek i Filip Gołkowie. W związku z tym, iż główni rywale załogi Zjeeba odpadli już na prologu, naturalną koleją rzeczy to oni powinni stanąć na najwyższym stopniu podium Baja Inter Cars. A tu niespodzianka – auto się zbuntowało i z czteronożnego stało się na chwilę dwunożne, ale ta chwila wystarczyła, by Japa i Kacper skończyli rajd na 2. miejscu. A to jeszcze nie koniec zaskoczeń w RRPST. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta – no niby tak, ale niekoniecznie w rajdach. I niekoniecznie wtedy, gdy z tych dwóch bijących się w walce zostaje jeden. W przypadku rywalizacji w RPPST na Baja Inter Cars to powiedzonko jednak się sprawdziło. Po odpadnięciu Gołego i problemach Japy na czoło stawki wyszli bowiem sympatyczni i skromni Kuba Jęch i Łukasz Kujbida, których pewnie mało kto (ze mną włącznie, przyznaję się) typowałby na zwycięzców. A jednak! Panowie w ostatnim rajdzie w sezonie wywalczyli sobie pierwsze podium i, co ważniejsze, pierwsze zwycięstwo. Czyli warto było walczyć do końca. Brawa dla chłopaków!

Smutek

Właśnie – walka do końca. W większości przypadków zupełnie do końca toczyło się starcie o czołowe lokaty w Baja Inter Cars, ale i w klasyfikacji rocznej. To je rally… – tak zwykle mawiam, gdy komuś się noga powinie. Jednak gdy ta noga powinie się w kluczowym momencie i nie z powodu tego, że po prostu było się wolniejszym, to objawia się to smutne oblicze rajdów. Lub oblicza. A takie smutne oblicza widziałam na Baja Inter Cars. I nie mówię tu o złości czy wkurzeniu, bo te zwykle równie szybko odchodzą, jak przychodzą. Przykład? Olek „Fazi” Szandrowski po oesie „Świętoszów”. Tak wkurzonego to ja go jeszcze nie widziałam! A kiedy taki „misiek” się złości, to niemalże ziemia się trzęsie. Ale tylko przez chwilę. No, może troszkę dłuższą, ale jednak chwilę. Bo Fazi to taki typ, który uśmiech ma wpisany w życiorys, więc ten prędzej czy później na jego twarzy musi się pojawić. I nie inaczej było w tym przypadku. Fazi z jakby trochę przerażonym Rafałem wpadli do nas jak torpeda, wstawili furę do parku przegrupowania, zrelacjonowali, co mieli do zrelacjonowania i… dosłownie kilka minut później już sobie z uśmiechem żartowaliśmy. Smutek tak szybko nie mija. Smutek nawet bez słów daje się odczytać. Zwłaszcza, kiedy w oczach szklą się łzy, a i takie twarze widziałam w Szprotawie. Jedną z nich była piękna twarz Inez Kieliby, którą zwykle zdobi równie piękny uśmiech albo typowe dla skrupulatnych pilotów skupienie. W niedzielne popołudnie na tej twarzy malował się jednak prawdziwy smutek. Marcin Sobiech później wyjaśnił mi, co tak bardzo zatroskało jego nawigatorkę – dość nieoczekiwane zmiany w wynikach. Trudno to skwitować błahym „To je rally”…

bz7

Zatroskana Inez Kieliba – zdecydowanie bardziej do twarzy jej z uśmiechem

Podobnie, jak łzy Agatki Stefaniak, które zobaczyłam kilka chwil później. Agata to niesamowicie ambitna dziewczyna. Na chłodno kalkuluje swoje szanse w każdym rajdzie i zawsze przyjmuje najgorszy wariant. Ale to nie dlatego, że brakuje jej wiary w siebie – to po to, żeby być mile zaskoczoną, a nie rozczarowaną. Oraz by dać z siebie 200%, by taki czarny scenariusz się nie ziścił. Dokładnie tak też było w przypadku Baja Inter Cars. – Ania, ja w sumie to już nie mam szans na podium, mogłabym nie startować – mówiła mi Agata tuż przed rajdem. – Teoretycznie, Agatka, teoretycznie. Przecież wiesz, że na rajdach może się zdarzyć wszystko. W to, że dwa razy w tym roku staniesz na podium, też nie wierzyłaś – starałam się wlać w przyjaciółkę wolę walki. To akurat nie było potrzebne, bo woli walki tej drobniutkiej quadowiczce nie brakuje. A to popłaca, bo nawet to, że z jej quada odpadła cała kolumna nawigacyjna, nie przeszkodziło jej w walce o metę i miejsce. Co do miejsca, to w wyjątkowo licznej i silnej stawce Q2 na Baja Inter Cars udało jej się zdobyć puchar za 2. miejsce. Tyle, że po naliczeniu wszystkich kar okazało się, że spadła na 4. miejsce. I były łzy. I był prawdziwy smutek.

bz3

Agata Stefaniak – ambicja i wrażliwość w jednej osobie

Ale żeby nie było, że tylko kobiety okazują smutek – co to, to nie, panowie też bywają smutni. Takiego smutnego faceta właśnie widziałam na Baja Inter Cars. Naprawdę smutnego, aż serce ściskało na jego widok. Mowa o Maćku „Albinie” Albinowskim, zwykle uśmiechniętym od ucha do ucha i pełnym energii. Tu jednak był to jakiś zupełnie inny gość. Albin walczył o utrzymanie pierwszego miejsca w klasyfikacji rocznej Q2 i tę walkę boleśnie przegrał. Zbuntował się quad, specjalnie szykowany na tę finałową batalię, w dodatku – co dopełnia dramatyzmu – na Albina „domowej” rundzie. W efekcie tego Maciek stracił nie tylko najwyższy stopień rocznego podium, ale i podium w ogóle, bo znalazł się finalnie na 4. miejscu. Mimo że Albin traktował rywalizację w PPRB jako „efekt uboczny” swoich przygotowań do Dakaru 2018, na którym już myślami jest, to w niedzielę na Baja Inter Cars dało się zauważyć, jak gorzką pigułkę musiał tu przełknąć. Podczas gdy jego rywale walczyli na ostatnich kilometrach trasy, on siedział w kącie serwisu ze zwieszoną nad tlącym się grillem głową. Mijając go rzuciłam „Cześć!” w jego stronę, ale w tym swoim zasmuceniu nawet tego nie odnotował. Zrobiło mi się naprawdę przykro, i to nie dlatego, że nie zwrócił uwagi na moje powitanie, ale dlatego, że tak przygnębionego to ja go jeszcze nigdy nie widziałam.

Życzliwość, uśmiech

Tak to w życiu bywa, a na rajdach i innych zawodach sportowych szczególnie, że smutek jednych to radość innych. Właśnie tak było też na Baja Inter Cars. Wspomniany smutny Albin Puchar Polski przegrał bowiem ze swoim młodszym, ale bardzo utalentowanym kolegą, Adrianem Janikiem. Adrian jednak także nie cieszyłby się z Pucharu Polski, gdyby nie życzliwość Radka Lindnera, który przez cały ostatni oes Baja Inter Cars holował przyszłego triumfatora. Z kolei od Adriana ja w Szprotawie zaznałam mnóstwo życzliwości. Przychodził z serwisu na nasz PKC, aby zapytać, czy nie jest nam zimno, czy może nam rozpalić ognisko albo dać parasolkę.

bz6

Ubłocona życzliwość, czyli Adrian Janik

Zresztą nie tylko on troszczył się o mnie i innych sędziów. Tradycyjnie można było liczyć na chłopaków z RMF 4Racing Team, którzy podczas Warszawskiego Safari czy Baja Poland ratowali mnie zimną Fantą lub Colą, a tym razem oferowali sędziom gorącą i pyszną kawę. W tych warunkach pogodowych, jakie panowały na Baja Inter Cars, taka kawka była dla zmarzniętych sędziów jak zbawienie. Ale żeby nie było, nie tylko panowie wykazywali się życzliwością. Na przykład Hania Sobota – najlepsza drajwerka wśród dentystek i najlepsza dentystka wśród drajwerek – potrafiła dostrzec i docenić mój na szybko zrobiony makijaż, czego męskie oczy raczej nie zauważają, a kobiece i owszem. I choć to niby taki drobiazg, to w chłodny październikowy poranek jakoś tak cieplej się robi i uśmiech wpełza na nieco zaspaną twarz.

bz10

Hania Sobota potrafi uskrzydlać – innych ludzi i własne auto 🙂

Kolejne uśmiechy w ciągu dnia generują kolejni zawodnicy, którzy przychodzą na nasz PeKaC poplotkować, pouśmiechać się czy wręcz poprzytulać się. W takim przytulaniu w wolnych chwilach przodowała Agata Stefaniak. Przychodziła do mnie i tak w pełnym rajdowym rynsztunku, za to bez zbędnych słów po prostu się przytulała. Ktoś nie znający atmosfery rajdów terenowych mógłby być i pewnie byłby mocno zdziwiony takim widokiem – no bo jak to tak, że zawodnik i sędzia w takiej komitywie??? Ale w końcu kto powiedział, że tak nie może być? Że zawodnicy i sędziowie nie mogą się przyjaźnić? Otóż w rajdach terenowych wszystkie chwyty są w tym zakresie dozwolone. Szczególnie chwyt w formie serdecznego uścisku. Albo przynajmniej równie serdecznego uśmiechu. Skoro o serdecznym uśmiechu mowa, to nie można nie wspomnieć o jednym z sędziów, którego uśmiech nawet długo po rajdzie wspominają zawodnicy – mowa o Krzyśku Stolarczyku, który zwykle pełni rolę startera, a przy okazji gwiazdy filmowej 😉 Mam pewne podejrzenia, że on ma mięśnie twarzy już w uśmiech ułożone, bo uśmiecha się nawet przez sen, słowo daję! I do jak ciężkiego odcinka by zawodników nie startował, to oni w ten bój również ruszają z uśmiechem – tak zgodnie zeznają i oni, i Krzysiek. Bo uśmiech jest zaraźliwy, i bardzo dobrze! Jak wspomniałam, przytulenie też jest świetnym generatorem uśmiechu i także działa w obie strony. Nawet największe nerwy serdeczne przytulenie jest w stanie ukoić i zamienić w uśmiech. Doskonały tego przykład miałam właśnie na Baja Inter Cars. Przyszedł do nas Jacek Soboń, zwany Japą, i jak na Japę przystało, darł japę 😉 Nie, nie na nas – na pewną sytuację, która zaburzyła jego spokój. Oczywiście gorzkie żale Japy zostały wysłuchane, ale to nie ukoiło jego nerwów. To ja go cap za rękaw i te mocno gestykulujące ręce zamknęłam w uścisku własnych ramion, mówiąc spokojnie: – Japiszonku, czilałt… W ułamku sekundy nastąpiła totalna zmiana nastroju Japy – momentalnie przestał gadać, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Tak właśnie działa magia przytulenia. Może ktoś sobie teraz pomyśli, że jestem jakaś nadwrażliwa, albo że się rozczulam. Może. Jednak te serdeczne uściski, przytulenia, czy choćby dobre słowo, a przede wszystkim szczery uśmiech, potrafią zdziałać cuda. Zwłaszcza wtedy, kiedy jakoś zupełnie naturalnie pojawiają się tam, gdzie raczej wcale nie jest do śmiechu. Paradoksalnie, właśnie wtedy jest ich najwięcej, jakby te negatywne emocje były wyzwalaczem tych pozytywnych. A może po prostu na tle smutku czy złości serdeczność, życzliwość i radość są bardziej wyraźne i lepiej się dają zapamiętać. I ja tak właśnie pamiętam Baja Inter Cars – jako ten rajd, podczas którego te drobne, miłe gesty były wyjątkowo liczne i wyjątkowo odczuwalne w całym tym kalejdoskopie emocji, jaki tam można było obserwować.

bz5

Jest pucharek, jest uśmiech – Ernest Górecki

Baja Inter Cars była ostatnim rajdem w sezonie, a więc był rajdem pożegnań. No, przynajmniej tak mogłoby się wydawać. W końcu przez blisko pół roku nie spotkamy się w rajdowej scenerii. A mimo to te szprotawskie pożegnania wcale nie były takie, jakbyśmy mieli się przez kilka miesięcy nie zobaczyć. To było bardziej jak „Cześć, do zobaczenia!” I to wcale nie dlatego, że zawierane na rajdach znajomości są takie pobieżne, mało znaczące. Wręcz przeciwnie – dlatego, że większość z nich trwa między rajdami, nawet w tym martwym sezonie zimowym. A poza tym, przecież te kilka miesięcy zleci jak z bicza strzelił, a myślenie o minionym sezonie zmieni się w planowanie kolejnego. Cały kalejdoskop porajdowych emocji opadnie, ustępując miejsca wspomnieniom i  oczekiwaniu na ponowne spotkanie na trasach. A zatem – cześć, do zobaczenia!

bz1

Cześć, do zobaczenia! – Piotrek Serbista i Krzysiek Jarmuż

AM

Fot. Grzegorz Kozera, AM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s