KARPACKA MASAKRA – podsumowanie Baja Carpathia

A nie mówiłam, że Baja Carpathia to wyjątkowo trudny i nieprzewidywalny rajd? A nie mówiłam, że jedyne, czego można się tam spodziewać, to to, że wszystkiego się można spodziewać? A nie mówiłam, że będzie masakra? No i była – karpacka masakra piaskiem, błotem i wodą. Takie cross country z elementami przeprawowymi. Nic więc dziwnego, że do mety wielu zawodników nie dotarło, zaś ci, którzy dotarli, bez względu na zajęte miejsca mogą się czuć wygranymi. Układ miejsc, paradoksalnie – zgodnie z przewidywaniami, przewidzieć było ciężko. Taka ta Baja Carpathia przewrotna…

 

„Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą” – nie pamiętam genezy tego powiedzonka, ale bardzo dobrze się ono przyjęło w świecie offroadu, szczególnie w przeprawówkach, i faktycznie bardzo dobrze się tu sprawdza. Doskonale pasuje też do podsumowania tegorocznej Baja Carpathia. Tym bardziej, że momentami oferowała ona atrakcje godne przeprawówek. Kopny piach, śliskie leśne trasy, błoto – to w zasadzie wizytówka tego rajdu. Tym razem pogoda sprawiła, że do tego zestawu dołączyła także woda, i to dość głęboka. Takie warunki na trasie spowodowały niezły przesiew w stawce zawodników. Z rampy startowej w sobotnie popołudnie zjechało 79 pojazdów, na metę zaś dotarło 49. Nawet spośród załóg tych 49 pojazdów niektóre nie podołały wszystkim oesom. Ci jednak, którzy metę osiągnęli, już są wygranymi. Ale i ci zawodnicy, którzy nie znaleźli się w gronie tych szczęśliwców, także mogą się czuć zwycięzcami – bo walczyli. Bo przecież dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą.

Jeśli chodzi o zwycięzców w sensie formalnym, to w wielu grupach można było ich wytypować (lub przynajmniej znajdowali się oni w gronie faworytów), ale były też niespodzianki. O wiele trudniej natomiast było przewidzieć składy podiów. I tu również nie brakowało zaskoczeń. Paradoksalnie, na tym masakrycznym rajdzie szczęście w końcu się uśmiechnęło do tych, którym nie całkiem ono w ostatnim czasie sprzyjało lub tych, którzy długo pracowali na sukces. Przede wszystkim w całej Baja Carpathia nie brakowało prawdziwych fighterów, którzy walczyli niemalże do ostatniej kropli krwi i ostatniej kropli benzyny. Zarówno wśród tych, którzy święcili triumfy, jak i tych, którzy polegli na polu walki. Zobaczmy, kto i jak walczył z tą karpacką masakrą, jaką była Baja Carpathia 2017.

 

RMPST

Stawka załóg RMPST na Baja Carpathia była dość okrojona. Do walki w tej klasyfikacji przystąpiło zaledwie 18 załóg, z czego 1/3 poległa na trasie. W komplecie na mecie zameldowały się te najmocniejsze pojazdy, czyli z grupy T1 – na 5 startujących również 5 zostało sklasyfikowanych. Teoretycznie każda z tych załóg miała szansę na podium, zaś o jego ostatecznym składzie zadecydował ostatni oes. Z karpacką masakrą najmniej sprawnie poradził sobie Chevrolet ze Zbyszkiem Jasiewiczem i Ernestem Góreckim na pokładzie, który dość wyraźnie odstawał od Forda Rangera, Forda F150, BMW X5 i Hummera H3 Evo 3, z którymi przyszło mu się zmierzyć. Zbyszek i Ernest wyjechali jednak ze Stalowej Woli z punktami za 5 miejsce. Bezkonkurencyjni natomiast okazali się w tej rozgrywce Marcin Łukaszewski i Magda Duhanik, którzy dość mocno byli rozczarowani swoim występem na Baja Drawsko. Na Baja Carpathia natomiast jak po sznurku pojechali po wygraną, zwyciężając na wszystkich oesach. W tym pomogła im nie tylko dobrze oznakowana trasa, ale przede wszystkim ich tajna broń, jaką przyszykowali (a w zasadzie im przyszykowano) na ten rajd. Mowa oczywiście o Fordzie Rangerze od South Racing, którego użyczył im znany polskim kibicom (i lubiany) Tomas Ourednicek. Auto to nie byle jakie, bo tuż przed Carathią sympatyczny Czech wygrał nim Morocco Desert Challenge. Teraz na konto zwycięskich rajdów temu Fordowi doszła wygrana w Baja Carpathia z załogą Marcin Łukaszewski / Magda Duhanik. Oto jak Marcin i Tomas podsumowują owoc tej polsko-czeskiej współpracy:

W pogoń za czeskim Fordem Rangerem z polską załogą ruszył czeski Ford F150 z czeską załogą. W szranki z Marcinem i Magdą bowiem stanął również znany polskim kibicom Zdenek Porizek, któremu na pokładzie towarzyszył rodak, Pavel Vaculik. Pavel w sezonie 2016 był pilotem Tomasa Ourednicka, więc niejako był to „rodzinny” pojedynek. Warto przy okazji wspomnieć, że Czesi mają w tym roku skłonność do wymieniania się pilotami, gdyż dotychczasowy pilot Zdenka Porizka, Marek Sykora (dla odmiany Słowak) obecnie startuje w Pucharze Świata u boku Mirka Zapletala. Załoga Zdenek Porizek / Pavel Vaculik w Baja Carpathia wywalczyła sobie miejsce 2, tracąc do Łukaszewskiego na mecie 6:40. Ta 2 lokata Czechów wcale jednak nie była taka oczywista, a rozstrzygnął o niej ostatni oes. Na OS1 i OS2 bowiem 2 miejsce zajmowała polska załoga Hummera H3 Evo 3, czyli rzadko ostatnio obecny na trasach RMPST Piotr Białkowski, którego nawigatorem był Rafał Marton, którzy po tych dwóch oesach mieli nad Porizkiem blisko 6-minutową przewagę. Kłopotliwy drugi przejazd odcinka na poligonie spowodował jednak, że na mecie to Polacy do Czechów stracili 2:04, plasując się ostatecznie na 4 miejscu. Na 3 pozycję natomiast wskoczyli równo jadący Włodek Grajek i Piotr Brakowiecki, którzy po 2 oesach plasowali się tuż poza podium. O tym, że to oni, a nie Białkowski i Marton, stanęli ostatecznie na podium Baja Carpathia zadecydowało… 16 sekund! Tyle bowiem po ponad 175km rajdu rozdzieliło wspomniane załogi.

Dla załóg z grupy T2 Baja Carpathia była totalną rzeźnią. Nic więc dziwnego, że z 5 załóg stających na starcie na mecie zameldowały się tylko 2. Tak czy inaczej, wszystkim zawodnikom, którzy z tą karpacką masakrą postanowili się zmierzyć autami seryjnymi, należy się szacun za podjęcie walki, zaś tym szczęśliwcom, którym udało się tej rajd ukończyć, wielkie ukłony i gratulacje. Ale po kolei. Już na prologu za walkę podziękowała Toyota Tomka Pieca jadącego z Michałem Marczewskim. Awaria turbiny na OS1 sprawiła, że to auto zostało pierwszą ofiarą rajdu. Najszybsi zaś na tym krótkim stalowowolskim oesie byli urzędujący Mistrzowie Polski, Grzesiek Szwagrzyk i Kuba Moliter. Zmianę lidera oraz kolejną ofiarę przyniósł OS2, rozgrywany na poligonie w Nowej Dębie. Ofiarą karpackiej masakry na tym odcinku padła „zebrowata” Navara Mateusza Bartkowiaka i Roberta Boruszaka, co nie pozwoliło im ukończyć rajdu, ale chwilowe problemy miała także inna Navara, która ewidentnie miała ochotę popływać 😉 Mowa o aucie Roberta Kufla i Szymona Marciniaka. Robert to jednak „stary lis” przeprawowy (stażem, nie wiekiem, ani tym bardziej duchem!), zatem z nieoczekiwaną dziurą z wodą się uporał i pojechał dalej. Podobnie, jak w Stalowej Woli, na tym odcinku najszybsze było Pajero, lecz tym razem nie żółte, a czerwone. Zwycięzcami OS2 zostali bowiem Klaudia Podkalicka i Błażej Czekan, którzy zostali nowymi liderami rajdu w T2. Ale tym szczęściem triumfatorzy Baja Drawsko nie mieli szans nacieszyć się na mecie rajdu, bowiem dla nich rajd zakończył się na trasie OS3: – Wygraliśmy OS2, tempo było rewelacyjne ale niestety na ostatnim odcinku mieliśmy problemy techniczne. Najpierw rozerwało nam rurę od intercoolera, wymieniliśmy ją z Błażejem na nową i dalej cisnęliśmy ostro aby nadrobić stracony czas. 3km przed metą samochód stracił moc po czym zgasł i nie chciał już zapalić. Jedna załóg zaholowała nas do mety ( bardzo dziękujemy!!!) ale niestety limit czasu do mety został przekroczony. Co powoduje, że nie dostajemy żadnych punktów. Startuje w rajdzie Baja Carpathia siódmy raz i jeszcze nigdy nie udało mi się skończyć tego rajdu. Może jakieś fatum… Szkoda, bo naprawdę tak niewiele brakowało… – opowiada Klaudia.

podkalicka

Klaudia Podkalicka i Błażej Czekan nie mają szczęścia do Baja Carpathia…

Tymczasem Robert Kufel i Szymon Marciniak na ostatnim oesie ostro dali gazu, by zrekompensować stratę. W starciu z pozostałymi na polu walki Grześkiem Szwagrzykiem i Kubą Moliterem okazali się szybsi o ponad 3,5 minuty, zyskując zwycięstwo oesowe, jednak na zwycięstwo w rajdzie to było za mało. Wygrana w tym morderczym rajdzie stała się zatem udziałem załogi żółtego Pajero, czyli urzędujących Mistrzów Polski, Grześka Szwagrzyka i Kuby Molitera.

Jedynym pojazdem, jaki wystartował w Baja Carpathia w grupie T3 był zbudowany na wzór węgierskich „Moskitów” Mosquito R1 Big Bang, którym jechał jego twórca Juraj Ulrich. Niestety Słowakowi udało się ukończyć jedynie OS1, zatem nie został on sklasyfikowany. Juraj Ulrich nie zdążył przygotować auta na Baja Drawsko, gdzie także miał być jedynym zawodnikiem T3, a za sprawą morderczej Baja Carpathia zakończonej niepowodzeniem również nie uzyskał punktów, zatem rozgrywka w tej grupie nadal pozostaje otwarta.

Z 3 załóg, jakie startowały w Baja Carpathia w ramach grupy TH, na metę dotarły dwie. Decydujący okazał się ostatni oes, a także… prolog, a właściwie PKC serwisowy po prologu. Ale po kolei. Najszybszą załogą na OS1 były „Gepardy”, czyli Grzesiek Marciniak i Krzysiek Tomczuk. Choć różnice w czasach były sekundowe, to załoga Navary od swoich konkurentów otrzymała dodatkowy „prezent” w postaci minutowych kar – zarówno Krzysiek Biegun i Tomek Dołhan, jak i czeska załoga w składzie Vlastimil Forejt i Frantisek Prazak, złapali spóźnienie na wjeździe na serwis. Z tym niewielkim, ale, jak się okazało, znaczącym bagażem obie załogi wyruszyły w pogoń za „Gepardami” na OS2. Ta pogoń okazała się skuteczna, bo obu tym duetom udało się ich pokonać. Zawodnicy RMF 4Racing Team byli od nich szybsi o ponad 4 minuty i to oni objęli prowadzenie w rajdzie. 10 sekund rozdzieliło zaś Vlastimila Forejta i Frantiska Prazaka oraz Grześka Marciniaka i Krzyśka Tomczuka, przy czym to Czesi okazali się szybsi, natomiast kara z soboty sprawiła, że w klasyfikacji po OS2 to Polacy byli górą. Całą tę klasyfikację przewrócił OS3. Czeska załoga na tym oesie pożegnała się z rajdem, a tym samym z praktycznie pewnym podium. Decydująca walka rozegrała się natomiast między załogą Navary i załogą Pajero – przypomnijmy bowiem, że Krzysiek Biegun i Tomek Dołhan w tym sezonie po rajdowych trasach podróżują nie standardowym Patrolem, a Pajero odkupionym od Sławka Wasiaka. Tu o niespełna 4 minuty szybsi okazali się Grzesiek Marciniak i Krzysiek Tomczuk, odrabiając w ten sposób stratę do „Eremefów” i ostatecznie w klasyfikacji rajdu pokonując ich o… 54 sekundy!

gepardy

Grzesiek Marciniak i Krzysiek Tomczuk nie dali się pokonać „karpackiej masakrze” i wyjechali z Baja Carpathia z wygraną w TH

Wobec tego to „Gepardy” stanęły na najwyższym stopniu podium, a „Eremefom” przypadło w udziale 2 miejsce: – Początek odcinka przypominał nie rajd szybkościowy, a przeprawowy. Trasa przebiegała wzdłuż rzeki, która wylała przez ulewne deszcze. Napotkaliśmy na ogromne kałuże, przez które ciężko było się przedrzeć. Na szczęście nasz samochód świetnie radził sobie z tym wymagającym terenem. Zawieszenie w Pajero spisuje się bardzo dobrze. W miejscach, gdzie było dużo dziur, zyskiwaliśmy przewagę nad rywalami. Ustrzegliśmy się też poważniejszych błędów i dzięki temu udało nam się osiągnąć dobry wynik – komentuje Krzysiek Biegun. Powiedzmy sobie jednak szczerze – ten wynik mógł być zupełnie inny, gdyby nie kara za spóźnienie na PKC… Ten przypadek potwierdza teorię (z którą się akurat nie do końca zgadzam), że rajdy rozgrywają się na PKCach. Uprzejmie uprasza się jednak o nie potwierdzanie tej tezy i walkę na oesach, a nie na PKCach 😉

Na PKCach nie walczyła żadna z 4 załóg, jakie wystartowały w Baja Carpathia w grupie OPEN – tu nie było kar „pekacowych”. Jednak niestety tylko połowa z nich dotarła do mety. W tej grupie walczyły 3 auta (Hilux, Pajero i Ranger) oraz UTV w postaci Yamahy YXZ. Jako pierwsze poddało się Pajero, wiozące Darka i Małgosię Żyła. Tak, dokładnie, poddało się auto, bo na pewno nie załoga – to nie są ludzie, którzy się poddają. Wystarczy spojrzeć na ich wieloletnie doświadczenie rajdowe, by to wiedzieć. Natomiast ich Pajero zbuntowało się na OS2, pozbawiając swoją załogę możliwości ukończenia rajdu. Z kolei na ostatnim oesie zbuntował się Ranger debiutującej w tym sezonie w RMPST załogi Eljot Team, czyli Pawła Liczyckiego i Grześka Komara. „Eljoty” również nie należą do tych, co się poddają, o czym dobitnie świadczy to, że nawet defekt skrzyni biegów w ich aucie nie przeszkodził im w upartej walce o dotarcie do mety. Dotarli, jednak o 14 minut za późno… Nie zmieścili się bowiem w limicie czasu przewidzianym dla tego oesu, a ponieważ był to ostatni odcinek, załoga nie została sklasyfikowana w rajdzie. Ale grunt, że walczyli! Drugi sezon z rzędu natomiast o dotarcie do mety walczyła załoga kolorowego Hiluxa, Filip Łukasik i Bartek Krencik z XYZ Offroad Team. To bardzo sympatyczny zespół, który w zimny dzień zmarzniętych sędziów raczy gorącą herbatką i równie gorącym słowem. Problem w tym, że chłopaki jakoś nie mają ostatnio, a konkretnie od zeszłego roku, szczęścia do rajdowania. Po wielu miesiącach „warsztatowych”, po wielu modyfikacjach Hilixa, po wielu nieprzespanych nocach, spędzonych na wyczekiwaniu pierwszego startu w tym roku, pełni nadziei stawili się na starcie Baja Drawsko, ale nie udało im się tego rajdu ukończyć. Poprosiłam zatem ładnie chłopaków, by na Carpathii do mety dotarli i… tę prośbę spełnili 😉 Choć wcale lekko nie było, bo na OS2 borykali się z dziwnymi dźwiękami, o wydawanie których podejrzewali silnik – okazało się, że był to jedynie urwany tłumik. OS3 zaś, pomimo zachowawczej jazdy, przyniósł kolejne przygody: – Zaraz po starcie dojechaliśmy do pechowego odcinka z przeprawą wodną, mając wieloletnie doświadczenie w rajdach przeprawowych postanowiliśmy zaatakować i udało się… powiedzmy że w 3/4 się udało, bo tyle zostało nam opon. Na początku wjazdu ściągnęła nas koleina i… krótko mówiąc, skosiliśmy płot, błotnik, drzewka i krzaki. Jadąc na flaku przejechaliśmy kolejną przeszkodę wodną, a na samej feldze pokonaliśmy kolejne zakręty. Zatrzymaliśmy się dopiero w miejscu by nikomu nie przeszkadzać i w spokoju zmienić koło. W warunkach normalnego OS, zmiana koła to strata trzech do pięciu minut, nam udało się pobić ten rekord. Po ciężkiej walce, podnoszeniu samochodu na gałęziach, felgach czy kołach zapasowych, po kopaniu dziury by zmieściło się koło, pomocy kibiców i jedynych 40 minutach udało nam się ruszyć – relacjonuje XYZ Offroad Team.

xyz

Takie przygody na trasie Baja Carpathia mieli Filip Łukasik i Bartek Krencik, a mimo tego wreszcie dotarli do mety rajdu i to z pucharkiem za 2. miejsce

Jakby tego było mało, na metę odcinka również dotarli na 3 kołach. Ale dotarli! Wreszcie! W nagrodę dostali pucharki za 2 miejsce w grupie OPEN. Po raz drugi w tym roku po pucharki za wygraną w OPEN sięgnęli natomiast Jacek Kozakiewicz i Łukasz Łaskawiec, którzy wyposażeni w swą nową broń w postaci Yamahy YXZ, póki co zdają się być nie do dogonienia. Triumfowali już w Drawsku, zaś w Baja Carpathia finiszowali z ogromną, bo wynoszącą ponad godzinę przewagą. Czy ktoś ich w tym sezonie zatrzyma?

 

RPPST

To już jest nudne! – tak mógłby ktoś powiedzieć o walce o triumf w RPPST między Japą i Gołym. A guzik prawda! To wcale nie jest nudne! Dla mnie to jest jak dobry thriller, przy którym nerwowo gryzie się pazury, czekając na zupełnie nieprzewidywalne zakończenie. Tym bardziej mi się te rajdowe potyczki Jacka Sobonia i Tomka Gołki podobają, że odbywają się w duchu fair play i w atmosferze prawdziwie koleżeńskiej. Nie można jednak zapominać, że nie tylko te dwie załogi walczą w RPPST, a prawdziwych wojowników w tej klasyfikacji nie brakuje. Inna sprawa, że ktokolwiek by nie walczył, to i tak finał zwykle rozgrywa się między Gołym a Japą. Ale to tylko dwa miejsca, a przecież do obsadzenia jest ich więcej. Poza tym sama meta już jest zwycięstwem, a w Baja Carpathia szczególnie. Ta sztuka udała się 17 z 28 startujących w tym rajdzie załóg. A i ci, którzy na tej mecie się znaleźli, mieli nierzadko poważne problemy. Zresztą… Poniższy filmik z załogami RPPST w rolach głównych mówi praktycznie wszystko…

Patrząc na sposób pokonywania tej nietypowej jak na cross country przeszkody nietrudno wskazać tych, którzy mieli w swej karierze na koncie rajdy przeprawowe czy choćby wypady w cięższy teren. I w znacznej mierze te umiejętności okazały się kluczowe dla wyników Baja Carpathia. Ale po kolei… Prolog. Tu Jacka Sobonia i Waldka Niezabitowskiego oraz Tomka i Filipa Gołków pogodzili Sławek Jabłoński i Rafał Jędrys, gdyż to oni byli tu najszybsi. Ta załoga po raz kolejny pokazała pazur. Na OS2 nie poszło im już jednak tak gładko, choć nadal byli w czubie stawki – wyprzedzili ich Japa z Waldkiem, którzy wygrali ten oes i przejęli prowadzenie w rajdzie, a także panowie Gołkowie oraz załoga Land Cruisera o wyglądzie Hiluxa, czyli Janusz Ellert i Tomek Kwaśniewski, którzy także już zdążyli pokazać, że są liczącą się załogą. Pierwsza trójka w identycznej kolejności stawiła się także na mecie OS3 i, tym samym, całego rajdu. Za to na drugim przejeździe odcinka na poligonie totalnego pecha mieli zwycięzcy prologu, czyli Sławek Jabłoński i Rafał Jędrys. Ich Słonik napił się wody z jednej z kałuż, a brudna woda nie posłużyła Słonikowi – dostał zawału i padł. Znaczy się silnik mu padł. Mimo świetnego początku koniec okazał się więc dla nich ponury i zbyt szybki. Zresztą nie tylko dla nich – na polu walki polegli także: Mateusz i Patrycja Marciniak, Piotr Jabłoński z gościnnym udziałem „rempstowego” pilota Michała Krotiuka, Michał Smoleński i Michał Wilczyński, którzy według złożonej mi obietnicy wreszcie pobrudzili Wranglerka 😉 , ale niestety także go ukatrupili ;( , Michał „Golon” Goleniewski i Tomasz Maciążek, którzy mieli do czynienia ze znaną historią „Puk puk! Kto tam? Panewka!”, Robert Rożek i Maciej Kulczycki – Grand Vitka nie dała rady??? , Robert Sabok i Tomasz Pieńkowski, a także 3 załogi Dusterów: Konrad Sznajder i Tomasz Mroczek, Michał Kidacki jadący tym razem z Romanem Kicińskim, Katarzyna Makowska i Bartłomiej Makowski. Gloria Victis! Tudzież po naszemu chwała zwyciężonym! Wszak bez walki się nie poddali! Były też 4 załogi, które stoczyły nierówny bój z oporem materii, jednak z opresji wyszły prawie zwycięsko – czyli nie ukończyły pierwszego niedzielnego oesu, ale zainkasowawszy za ten oes kary ryczałtowe jednak szczęśliwie dotarły do mety. Te prawie zwycięskie załogi to: Jakub Łytkowski i Dominik Jazic, Krzysztof Krupa i Michał Adamaszek, Tomasz Baranowski i Grzegorz Konczak oraz Krzysiek Wicentowicz i Bartek Boba. I przy tej ostatniej załodze zatrzymajmy się na chwilę, bo warto im poświęcić więcej niż dwa słowa. Bo Wincent i Bobik to nie jest zwykła załoga. Bartka znam już kilka lat, ale zanim spotkaliśmy się w terenie, to widywaliśmy się na trasach rajdów szutrowych. To taki „pilot wielofunkcyjny”, który świetnie radzi sobie w rajdach na każdej nawierzchni, z Dakarem włącznie, niesamowicie profesjonalnie i z ogromnym zaangażowaniem podchodzący do swoje roli. Ale przede wszystkim Bobik jak mało kto potrafi opowiadać o rajdach – ja jego rajdowych opowieści mogłabym słuchać godzinami! Rzadko ostatnio mogę posłuchać tych jego opowieści, bo jest chyba najbardziej zabieganym człowiekiem świata, ale jak tylko mam okazję, to biorę go na spytki i chłonę każde słowo. Bartek to także, a w zasadzie szczególnie, świetny przyjaciel, na którego zawsze można liczyć. Natomiast Wincent… Wincent to kosmita! Słowo daję, że on nie jest z tej planety! Do tej pory nie spotkałam jeszcze człowieka z takim serduchem do rajdów. Serduchami. Jestem pewna, że gdyby mu zrobić rentgena, to wykazałby ze 4 serca, z czego 3 są dla rajdów. Zresztą zajrzyjcie na Facebookowy fanpage „Wicentowicz / Boba – Cross Country”  – założę się, że tylu serduszek na żadnym rajdowym fanpage’u nie widzieliście 😉 Nawet po niezbyt udanej dla nich Baja Carpathia Krzysiek pisał: Dla mnie ta dyscyplina to KOSMOS!!!!!!! Nie mogę uwierzyć, że biorę w tym udział!!!! KOCHAM TO!!!!!!!! ❤ ❤ <3” Mało tego – on tak gada na okrągło, serio. No kosmita, mówiłam. Wincent to także wulkan i niewyczerpane źródło pozytywnej energii, którą można od niego brać garściami. Ja biorę, polecam. Teraz już tak całkiem poważnie – fantastycznie, że jest taki ktoś w cross country, bo właśnie tacy pasjonaci, takie pozytywne świry, takie wulkany energii napędzają ten sport i tworzą niesamowitą atmosferę. I przynoszą szczęście innym wariatom 😉

wincent

Kosmici, czyli Krzysiek Wicentowicz i Bartek Boba oraz ich „Córcia”

No dobra, wróćmy na naszą planetę, zejdźmy na ziemię, tudzież błoto. Czyli na trasy Baja Carpathia. Jak wspomniałam, walkę o triumf w generalce RPPST wygrali Jacek Soboń i Waldek Niezabitowski. A walczyli nie tylko z rywalami, ale i własnym autem, o czym Japa opowiada w poniższym filmiku:

I w taki to sposób Japa z Waldkiem zdobyli komplet pucharków za 1 miejsca: w generalce RPPST, S1 i S1-3000. W S1-3000 byli bezkonkurencyjni i to w zasadzie dosłownie, bo jedyni ich rywale, Mateusz Marciniak i Patrycja Marciniak jadący Mitsubishi Montero nie dotarli do mety. Natomiast w całej grupie S1 tej konkurencji im nie zabrakło. Jak to zwykle bywa, podium tej grupy utworzyły te same załogi, co podium generalki, a więc 1 miejsce należało do Jacka Sobonia i Waldka Niezabitowskiego, 2. miejsce wywalczyli sobie Tomek i Filip Gołkowie, a 3. miejsce zajęli Janusz Ellert i Tomek Kwaśniewski. Co innego w S1+3000, bo tu odpada Japa, a więc najwyższy stopień podium należał do panów Gołków, zatem nie wyjechali ze Stalowej Woli bez wygranej 😉 , 2. lokata to zdobycz Janusza Ellerta i Tomka Kwaśniewskiego, zaś podium uzupełnili „Patrolowcy”, Piotrek Burchacki i Tomek Janik. Taka ciekawostka – na wszystkich podiach generalki i S1 nie było dwóch takich samych aut! W generalce i S1 mamy: Suzuki Vitarę (taaa, jasne 😉 ), Jeepa Wranglera i Toyotę Land Cruiser (vel Hilux 😉 ), a w S1+3000 to Wrangler, Land Cruiser i Nissan Patrol. O tyle to ciekawe, że kolejne pozycje generalki już są mniej zróżnicowane 😉 Miejsca od 5. do 9. należą bowiem do Mitsubishi Pajero i, co ważne, już na 7. pozycji widnieje Pajero z grupy S2. Ważne, bo dla praktycznie seryjnych aut Baja Carpathia to nie była łatwa przeprawa – przeprawa niekiedy w dosłownym rozumieniu. Wiele S-jedynkowych „potworów” na niej poległo, więc co dopiero mówić o karpackiej masakrze dla aut S2. Szacun zatem wielki dla tych, którzy seryjnymi autami wbili się do Top10 generalki RPPST. Tutaj trzeba wspomnieć o rzadko zdarzającej się sytuacji, a mianowicie o dyskwalifikacji. A taka właśnie miała miejsce w grupie S2 na Baja Carpathia. Najszybszą z załóg S2 byli bowiem Karol Zarycki i Marcin Michalski, jednak złożono na nich protest techniczny i ten protest został uznany, co oznaczało dyskwalifikację tego duetu. Bez protestów i całkowicie zasłużenie na najwyższym stopniu podium stanęli Wojtek Poręba i Grzesiek Niedziołko, którzy także wywalczyli sobie wspomniane 7. miejsce w generalce. I tu warto się na chwilę zatrzymać, bo mimo tego, iż Wojtek swojego starego, dobrego, przeprawowego Samuraika zamienił na prawie seryjne Pajero cross country, to warunki na Carpathii dla tego offroadera zdawały się być idealne 😉 Wojtek bowiem wiele lat przejeździł w rajdach przeprawowych, gdzie zwykle na prawym fotelu towarzyszył mu syn Patryk. Patryk obrał jednak inną ścieżkę kariery i obecnie startuje – jako kierowca – w „płaskich” KJSach. „Tatko” zaś pozostał przy offroadzie, tyle, że też postawił na szybkość. Ale jakby nie patrzeć, doświadczenie z przeprawówek na Carpathii zdecydowanie mu się przydało. Wojtek bowiem wody się nie boi, nawet baaardzo głębokiej, co miałam okazję naocznie stwierdzić, sędziując niegdyś na jednej z najwredniejszych prób na Sqszewskich Komarkach. Sami zresztą zobaczcie:

Za takie przeprawowe szaleństwa Wojtek Poręba nazbierał już trochę pucharków, za to puchar za wygraną w “przeprawowej” Baja Carpathia to jego pierwsze takie trofeum w cross country, zatem jemu oraz jego pilotowi, Grześkowi Niedziołko, należą się wielkie gratulacje. Z kolei pucharki w S2 to praktycznie norma u Rajdos Ekipos, zatem i tym razem także nie mogło ich zabraknąć na podium. Zwłaszcza, że to przecież ludzie, którzy z każdymi warunkami terenowymi są za pan brat, a poza tym uczą innych jeździć w terenie i pokonywać różne przeszkody terenowe. Od terenu dla nich groźniejsze są natomiast awarie i taka dopadła Michała „Golona” Goleniewskiego i Tomka Maciążka – to wspomniana wcześniej panewka, która stukała już na prologu, a następnie ukatrupiła ich Pajero dokumentnie. Honoru Rajdos Ekipos bronili zatem panowie Darek i Bartek Krzywkowscy (także w Pajero) – bronili skutecznie, bo stanęli na podium, a konkretnie na stopniu przeznaczonym dla zdobywców 2. miejsca. Z kolei najniższy stopień podium w S2 wywalczyli sobie Tomek Piluch i Marcin Pawłowski, jadący nie czym innym, jak Pajero. Choć w Baja Carpathia w grupie S2 (nie licząc Dacii) jechały także Jeep Wrangler, Nissan Patrol, czy Suzuki Grand Vitara, to jednak skład podium potwierdził tym razem teorię, że S2 to nieformalny „puchar Pajero” 😉 Ale to wcale nie było w trakcie rajdu takie oczywiste. Mało tego – skład podium zupełnie nie był oczywisty, gdyż wyniki w tej grupie zmieniały się jak w kalejdoskopie. Na prologu bowiem najszybsza była załoga Dacii Duster (przypomnijmy, że Dustery też są klasyfikowane w S2), wspomniany duet Wicentowicz / Boba, których jednak pokonał OS2, a konkretnie awaria dyfra. 13 sekund do nich straciła załoga Grand Vitary w składzie Robert Rożek i Maciek Kulczycki, która po prologu zajmowała 2. miejsce – panowie jednak także „polegli” na OS2. 3. miejsce po OS1 zajmowała kolejna załoga Dacii, mianowicie Janek Kozioł i Tomek Nowakowski – im udało się dotrzeć do mety, a nawet „wyrwać” miejsce na podium w Pucharze Dacii, ale o tym za chwilę. Zupełnie skład tymczasowego podium odmienił OS2, pechowy dla dwóch załóg z najlepszymi czasami prologu. Tutaj najlepszy czas wykręcili Karol Zarycki i Marcin Michalski i także po kolejnym oesie to oni widnieli na czele S2, a potem był protest i dyskwalifikacja. 2. miejsce na OS2 należało natomiast do jadących ślicznym, czarnym Wranglerkiem dwóch Michałów – Smoleńskiego i Wilczyńskiego. Panowie nie tylko świetnie pojechali ten oes, ale także – zgodnie z daną mi obietnicą – co nieco Wranglerka przybrudzili 😉 On chyba jednak nie bardzo lubi być brudzony, bo zbuntował się na OS3, nie dając swojej sympatycznej załodze możliwości cieszenia się metą. 3. miejsce na i po OS2 zajmowali z kolei Tomek Piluch i Marcin Pawłowski, którym jako jedynym z powyższej trójki udało się miejsce na podium dowieźć do mety, choć nie mieliby go, gdyby nie dyskwalifikacja Zaryckiego i Michalskiego, bowiem po OS3 znajdowali się na 4. miejscu (na OS3 mieli dopiero 9. czas). Na OS3 natomiast najszybszą załogą byli Darek i Bartek Krzywkowscy, którzy dzięki temu awansowali z 6. na 3., a finalnie na 2. pozycję. Na 2. miejsce (ostatecznie na 1) z 4. po OS3 awansowali zaś Wojtek Poręba i Grzesiek Niedziołko, którzy na tym oesie wykręcili 3. czas. 2. czas na tym odcinku należał zaś do zdyskwalifikowanej załogi Zarycki / Michalski.

Również w Dacia Duster Elf Cup rywalizacja o miejsca na podium w Baja Carpathia toczyła się do samego końca, choć skład podium ustalił się już na OS2. Znalazły się na nim te 3 spośród startujących w rajdzie załóg Dusterów, którym udało się ukończyć wszystkie 3 oesy. Na prologu 3 najszybsze załogi to: Krzysiek Wicentowicz i Bartek Boba, Janek Kozioł i Tomek Nowakowski oraz Konrad Sznajder i Tomek Mroczek. Z tych 3 załóg jedynie duet Kozioł / Nowakowski nie poległ na OS2 – dwa pozostałe oraz 3 kolejne do mety tego odcinka nie dotarły. Najlepiej z tym oesem poradzili sobie panowie z dwóch zielonych Dacii spod znaku Adventure Rally Team – najszybsi byli tu Wojtek Furman i Michał Augustyniak, a drugi czas odcinka wykręcili Janek Kozioł i Tomek Nowakowski. Do mety tego oesu dotarła też damsko-męska załoga w składzie Magdalena Zając i Kazimierz Ruszel, którzy uzupełnili podium tego odcinka oraz podium po OS2. Na OS3 do walki powróciły dwie „pokonane” na wcześniejszym odcinku załogi – zwycięzcy prologu, Krzysiek Wicentowicz i Bartek Boba oraz duet Tomasz Baranowski / Grzegorz Konczak. Dzięki temu, że ten oes udało im się ukończyć, te załogi zostały sklasyfikowane w rajdzie, uzyskując cenne punkty. Jednak mogły one już zawalczyć wyłącznie o podium odcinka. I tę szansę wykorzystali Wincent i Bobik, którzy uzyskali 3. czas na tym oesie. Najszybsza natomiast była tu „baba za kółkiem”, mianowicie Magdalena Zając, pilotowana przez Kazimierza „Bociana” Ruszela. Dzięki tej oesowej wygranej ten duet „rzutem na taśmę” awansował z 3. na 2. pozycję w rajdzie. 2. czas odcinka należał zaś do Wojtka Furmana i Michała Augustyniaka, a to wystarczyło, by pozycję liderów po OS2 dowieźć do mety. Zobaczcie, jak Wojtek podsumował tę wygraną:

Z załogą Zając / Ruszel miejscami zamienili się Janek Kozioł i Tomek Nowakowski, którzy na OS3 uzyskali 4. czas, ale – co najważniejsze – dotarli do mety, a tym samym znaleźli się na podium. Ogólnie rzecz biorąc, Baja Carpathia nie była przychylna Daciom, o czym najlepiej świadczy ich „dojeżdżalność” do mety poszczególnych oesów. Natomiast te auta oraz ich załogi zaliczyły solidny „chrzest bojowy”, który zapewne zaprocentuje na kolejnych rajdach.

 

PPRB

Zawodnicy PPRB na Baja Carpathia mieli najbardziej przerąbane. Pozbawieni bezpiecznej „puszki” całe zło, czyli piach, błoto i wodę brali na klatę – i to dosłownie. Nie dość, że ich maszyny – czy to motocykle, czy quady, czy UTV – równie skutecznie potrafiły się poddawać w starciu z tymi atrakcjami terenowymi, ale także oni osobiście mogliby się poddać po starciu z co głębszym bajorem, bo wodę mieli praktycznie wszędzie. W takich warunkach nietrudno o różne przygody. Ale zdarzały się również przygody zupełnie z trasą nie związane. Ekspertem od takich dziwnych przygód jest Remik Kusy, szef  „Janosików”, który na swoim koncie ma takie historie rajdowe, jak palący się quad czy zaplątanie się w drut kolczasty. Na Baja Carpathia również miał taką nietypową przygodę: – Tak mi tył quada podbiło, że zamontowana z tyłu na bagażniku tak zwana bomba do pompowania opony  trafiła mi z impetem w kość ogonową (dobrze że nie z impetem w głąb) 😀  – opowiadał mi Remik, po czym dodał, że to Andrzej Pieron, czołowy zawodnik „Janosików” doradził mu ją tam zamontować 😉 Sabotaż wewnątrz teamu??? 😉

remik

Remik Kusy to ekspert od dziwnych przygód na trasie – nie ustrzegł się ich także na Baja Carpathia

Na Baja Carpathia miały jednak także miejsce pozytywne przygody w postaci sukcesów tych zawodników, którzy tych sukcesów bardzo potrzebowali. Mowa tu choćby o rodzinnym duecie jadącym UTV, czyli Waldku i Kai Wojnarach. Nie raz pokazywali oni, że są bardzo mocną (a do tego niezwykle pogodną załogą), jednak w ubiegłym sezonie często tę ich siłę przekreślał brak siły ich Polarisa, a dokładnie zrywający się pasek. Dokładnie ta sama historia przydarzyła im się na tegorocznej Baja Drawsko, z której ich UTV wracał z zawieszonym na zderzaku „trofeum” w postaci przeklętego paska. Natomiast Baja Carpathia, wyjątkowo ciężka, odmieniła wreszcie ich los i przyniosła im miejsce na podium. Ten rajd okazał się również szczęśliwy dla Agaty Stefaniak, którą koledzy niemal tuż przed rajdem nieco demotywowali narzekaniami na niską frekwencję w Q2. I rzeczywiście – Agata na Baja Carpathia miała tylko jednego przeciwnika, Piotrka Serbistę. Rywal jeden, ale za to bardzo mocny! Okazało się jednak, że ta kruszynka z wielkim sercem do walki jest w stanie pokonać takiego silnego „niedźwiedzia”. Tym samym zdobyła swoje pierwsze w karierze zwycięstwo w rajdzie baja. Zawsze jej mówiłam, że ten dzień kiedyś nadejdzie – i proszę, nie myliłam się.

Wygląda na to, że w tym sezonie Piotrek Zawiliński nie będzie musiał się martwić o to, że będzie samotnie lub prawie samotnie przemierzał rajdowe trasy, jak to miewało miejsce w zeszłym roku. Frekwencja motocyklistów póki co w tym roku w miarę dopisuje. W Baja Carpathia w kategorii Moto wystartowało 6 zawodników i – co ważne – wszyscy dotarli na metę. Jednym z faworytów był przygotowujący się do startu w Dakarze 2018 Michał Latoch, który w ramach treningu do tego południowoamerykańskiego maratonu postanowił powalczyć na trasach Baja Carpathia. Ten rajd rozpoczął „z grubej rury” od wygranego prologu, gdzie na 5,5-kilometrowym odcinku solidnie „wklepał” swoim rywalom, bo nad drugim w stawce Tomkiem Dąbrowskim miał aż 31 sekund przewagi. Ale Tomek nie wymiękł i pokonał Michała na OS2, gdzie z kolei on miał minutę i 45 sekund przewagi, zatem został nowym liderem rajdu. Na OS3 role się znów odwróciły – to Michał Latoch był tu najszybszy i nie dość, że odrobił tę stratę, to dołożył jeszcze 3 minuty i 25 sekund, które ostatecznie oddzieliły go od Tomka Dąbrowskiego, któremu w udziale przypadło 2. miejsce. Przyszły Dakarowiec, Michał Latoch,  tak na Facebooku podsumował swoje zwycięskie „spotkanie” z Baja Carpathia: – Trening na Baja Carpthia zakończony sukcesem 😀 Fajnie było przyjechać zobaczyć starych dobrych znajomych i trochę powalczyć na trasie 🙂 Nie ukrywam wyjątkowo krótki rajd bo tylko bez dojazdówek mieliśmy do przejechanie łącznie nie całej 180 km więc uważam to za fajny trening na poligonie w Nowej Dębie gdzie przetestowałem swój nowy zawias od Szczepański Suspension które spisuje się świetnie oraz nowe mocowanie raodbooka które jednak wymaga małych poprawek ale po to tam byliśmy aby przed Hellas Rally 2017 wykluczyć wszystkie niedogodności 🙂 1 miejsce w rajdzie baja to tylko dodatek najważniejsze, że mamy za sobą super trening 🙂 Dodam, ze nie udało by się wygrać tych zawodów gdyby nie ATV Janosik, którzy zasponsorowali mi nową podwójną szybę do moich gogli która nie parowała 😀 Bo 1 odcinek cały przejechałem bez gogli i jechałem tylko na 50 % 😦 Janosiki DZIĘKUJĘ!

latoch

Dla Michała Latocha Baja Carpathia była zakończonym sukcesem w postaci wygranej treningiem przed Dakarem 2018

Tomek Dąbrowski, reprezentujący M4 Sport, co prawda nie wygrał, ale ze swojego 2. miejsca też może się cieszyć, bo to już jego drugi „srebrny medal” w tym roku, a uległ jedynie… Dakarowcom – przyszłemu, czyli Michałowi Latochowi, oraz aktualnemu, czyli Kubie Piątkowi (Baja Drawsko). Podobnie, jak o pierwsze miejsce, również o najniższy stopień podium walczyło dwóch zawodników. Byli nimi Piotrek Zawiliński i Jacek Bartoszek. Na OS1 i OS3 to Piotrek był szybszy, jednak na OS2, jak sam stwierdził, pojechał zbyt asekuracyjnie, mając w pamięci niemiłą wywrotkę na Baja Drawsko, w efekcie czego na tym oesie zanotował 5. czas. A to wystarczyło, by to jednak Jacek Bartoszek finalnie stanął na podium. Poza nim znaleźli się natomiast wspomniany Piotrek Zawiliński (4. miejsce), Tomek Morawski (5. miejsce) i Andrzej Niski (6. miejsce; nota bene jedyny „jeździec” motocykla innego niż KTM, mianowicie Husaberga). Chwała im jednak za walkę, która była na tyle skuteczna, by szczęśliwie dotrzeć do mety, co wcale nie było łatwym zadaniem. Karpacka masakra ich nie pokonała, za to oni pokonali ją.

W Q2 w Baja Carpathia, jak wspomniałam, zmierzyło się tylko dwoje zawodników – Agata Stefaniak i Piotrek Serbista. Miał z nimi powalczyć także ubiegłoroczny zdobywca Pucharu, Adrian Janik, który nie mógł dotrzeć na Baja Drawsko. Okazało się jednak, że młodego quadowca prześladował pech, bo i na Carpathię w końcu także nie przyjechał z powodu uszkodzonej tuż przed wyjazdem ręki. Agata i Piotrek natomiast walczyli przez cały rajd jak równy z równym, a decydujący o wygranej okazał się ostatni oes. Prolog bowiem należał do Piotrka Serbisty, który pokonał Agatę Stefaniak o 16 sekund. Kolejne 48 sekund dołożył zaś na OS2. Natomiast na OS3 królowała Agata, która ostatecznie pokonała Piotrka o minutę i 4 sekundy. Powody do radości „różowa dziewczyna” miała ogromne, bowiem było to jej pierwsze zwycięstwo, a do tego w wyjątkowo trudnej Baja Carpathia, z którą Agata zmierzyła się już po raz trzeci: – Zrobiłam to! Wygrałam pierwszą w swoim życiu Baję ! I to nie byle jaką… najtrudniejszą w sezonie Baję Carpathię! 3 lata temu to właśnie w tym miejscu zaczęła się moja przygoda z rajdami! Dzielnie walczyłam w debiucie, rok temu wywalczyłam pierwsze podium, a teraz w końcu ją wygrałam! Może obsada klasy nie była imponująca, ale rywalizacja z Piotrem Serbistą była zacięta! Walczyliśmy jak na każdej Baji o sekundy! Możecie się śmiać, krytykować i oceniać, ale nie zabierzecie mi satysfakcji jaką mam z tej wygranej i kolejnego spełnionego marzenia! Pozdrawiam serdecznie wszystkich tych co zaciekle komentowali nasz udział w rajdzie:/ Sprzed komputera łatwo się mówi, a startować nie ma komu… – podsumowywała na Facebooku Agata, odnosząc się jednocześnie do kolegów, którzy narzekaniem na frekwencję jeszcze przed rajdem próbowali jej popsuć frajdę z rywalizacji, a w konsekwencji także z wygranej. Tyle, że ona, w przeciwieństwie do tych krytykujących, walkę podjęła i to z jakim efektem! Owszem, Agatka miała po tym zwycięstwie lekki niedosyt, jednak co zwycięstwo, to zwycięstwo – i tylko to się liczy.

agata

„Pink Power”, czyli Agata Stefaniak w pogoni za swoim pierwszym zwycięstwem

Frekwencja natomiast jak zwykle dopisała w Q4 – na starcie Baja Carpathia stanęło 10 kierowców quadów 4×4. Dwóm z nich nie udało się dotrzeć do mety. Na polu walki, a konkretnie na ostatnim oesie, poległ Andrzej Hawryluk. Z kolei na OS2 problemy miał nowy nabytek „Janosików”, Marcin Talaga. Marcin na jednej z hop przy prędkości ok. 100km/h jak z procy wystrzelił ze swojego quada. On na szczęście nie doznał uszczerbku, gorzej było z quadem – skrzywiły się wahacze. Mimo to Marcin dojechał do mety odcinka, mieszcząc się w regulaminowym czasie, jednak czasu zabrakło na serwis pojazdu, wskutek czego do ostatniego oesu Marcin nie wystartował, kończąc na serwisie swój udział w rajdzie. Do mety dotarło 8 zawodników, zaś bój o podium tradycyjnie stoczyli ze sobą quadowcy z Łódzkiego Klubu Offroadowego i z ATV Janosik, którym jednak znów skutecznie poprzeszkadzał zwycięzca Baja Drawsko, Duńczyk Nicholas Harkjaer. „Janosiki” wystąpili na Baja Carpathia w okrojonym składzie, gdyż nie startował tym razem Piotrek Ceklarz, który kilka dni przed rajdem w szpitalu kurował swoją nogę. Pojechał jednak z chłopakami na rajd w roli duchowego wsparcia, zaś szef „Janosików”, Remik Kusy, zapowiedział, że jeśli któryś z zawodników ośmieli się być szybszy od nich, oberwie od Piotrka kulą. Do boju stanęło zatem 3 „Janosików” – ubiegłoroczny zdobywca Pucharu Polski, Andrzej Pieron, „szef wszystkich szefów” Remik Kusy oraz wspomniany pechowy Marcin Talaga. W ramach ATV Polska, pod banderą którego startują „Janosiki”, wspierał ich także Piotrek Jędrzejewski. Z kolei ich główni rywale, czyli Łódzki Klub Offroadowy, na Baja Capathia wystawił czteroosobową reprezentację. W gronie „pomarańczowych” znaleźli się oczywiście bracia Arek i Radek Lindnerowie, Darek Szor oraz nowy w teamie Marcin Bożałek. Obu zespołom udało się wskoczyć na podium, na którym także ponownie znalazł się gość z Danii, czyli Nikke Harkjaer, choć tym razem jemu w udziale przypadło 2 miejsce. Walkę o triumf już na początku rajdu zapowiedział Arek Lindner, który wykręcił najlepszy czas na prologu, jednak kara za falstart zepchnęła go na 6. pozycję, zaś zwycięstwo oesowe świętował Andrzej Pieron. Sytuacja odwróciła się na OS2 – ten należał do Arka, który także objął prowadzenie w rajdzie. 2. miejsce na tym odcinku, jak i w klasyfikacji po nim, wywalczył sobie Nikke, zaś Andrzej zajął 3. miejsce. Na OS3 układ podium oesowego był identyczny, zatem cała rywalizacja w Baja Carpathia zakończyła się właśnie takimi rezultatami. A tak swoją pierwszą w tym roku wygraną komentował Arek Lindner:

Zgodnie z zapowiedzią Remika Kusego, zarówno Arek, jak i Nikke powinni dostać po głowie kulą od Piotrka Ceklarza. Groźba jednak nie została spełniona, ale Remik mówi, że co się odwlecze, to nie uciecze 😉
Największy pogrom wśród pojazdów startujących w PPRB na Baja Carpathia dokonał się w UTVach. Z rampy startowej rajdu zjechało aż 13 załóg UTV, zaś na mecie zameldowało się jedynie 5. Dla nich ten rajd to była zatem prawdziwa karpacka masakra. Uległy jej, choć nie bez walki, takie doświadczone załogi, jak Aron Domżała i Szymon Gospodarczyk, jadący nową Yamahą YXZ (a przypomnijmy, że panowie w 2016 roku wywalczyli sobie Puchar Świata w grupie T3, podróżując wtedy Polarisem), „dezerterzy” z Mistrzostw Polski, Andrzej Miklaszewski i Jarek Małkus, czy też Robert Dorosz i Michał Osuch oraz Artur Pesta i Przemek Budka. Do mety nie dotarli także Grzegorz Mikuła i Piotr Szczygieł, Mariusz Woźniczko i Konrad Kamiński oraz Grzegorz Skarżyński i Michał Golonka. Bardzo niemiłą i dość groźną przygodę w postaci bliskiego spotkania z drzewem mieli zaś Mirek Stocerz i Grzesiek Kubis – na szczęście nic im się nie stało, ale meta rajdu pozostała tylko marzeniem. Spośród 5 załóg, dla których marzenie o mecie się spełniło, poza podium znaleźli się reprezentanci Grupy4x4 – na 4. pozycji uplasowali się Rafał Krawczyk i Maciej Wilczak, jadący Yamahą YXZ, oraz debiutujący w PPRB ubiegłoroczni Wicemistrzowie Polski w T2, Marcin Sobiech i Inez Kieliba, którzy na ten sezon przygotowali także Yamahę YXZ. Przyzwyczajeni do stawania na podium Marcin i Inez co prawda tym razem na podium się nie wdarli, ale ze swojego pierwszego startu w nowej kategorii są zadowoleni. Walka o podium w UTV na Baja Carpathia natomiast rozegrała się między załogą Can-Ama w składzie Tomasz Białkowski i Dariusz Baśkiewicz (zwycięzcy Baja Drawsko) oraz dwoma załogami Polarisów – ubiegłorocznymi zdobywcami Pucharu Polski, Mateuszem Budziło i Tomkiem Walochem, oraz odczarowującymi pecha Waldkiem i Kają Wojnarami. I to właśnie ta trzecia załoga popisała się najlepszym czasem na prologu, ale na dwóch kolejnych oesach rywale ich „objechali”. Pech jednak został odczarowany, dzięki czemu Waldek i Kaja wreszcie mogli się cieszyć z miejsca na podium. Oto co mówili na mecie tego szczęśliwego dla nich rajdu:

Na obu przejazdach oesu na poligonie królowali natomiast zwycięzcy Baja Drawsko i to oni znów stanęli na najwyższym stopniu podium. Bezkonkurencyjni w poprzednim sezonie Mateusz Budziło i Tomek Waloch natomiast tym razem wskoczyli na 2. miejsce.

Po Baja Carpathia zostało już tylko wspomnienie. Dla zwycięzców, zdobywców podium, czy choćby tych zawodników, którzy tę karpacką masakrę przetrwali i osiągnęli metę, są to miłe wspomnienia. Ale ci, którzy polegli na polu walki, także mogą być z siebie dumni, bo walczyli. A przecież „dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”.

 

AM

Fot. Grzegorz Kozera Motorsports Photography, Piotr Krencik, Marcin Rybak Photographer

 

 

Jedna uwaga do wpisu “KARPACKA MASAKRA – podsumowanie Baja Carpathia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s