BIAŁO-CZERWONA SZARŻA – podsumowanie HunGarian Baja

Brawo! Brawo! Brawo, Polacy! Biało-czerwonym, którzy licznie stawili się na starcie HunGarian Baja, należą się oklaski, bo równie licznie opanowali podia grup, w jakich startowali. Nie było takiej kategorii, w której Polacy by startowali i nie stanęli na podium, w tym także na najwyższym stopniu. W Pucharach Świata FIA i FIM natomiast nie zawiedli faworyci, ale i tu naszych nie zabrakło na najwyższych lokatach. To była prawdziwa biało-czerwona szarża!

Rozgrywana na Węgrzech HunGarian Baja to wyjątkowo popularny wśród polskich zawodników zagraniczny rajd. Ich obecności sprzyja nie tylko stosunkowo niewielka odległość, ale także przepiękne tereny oraz wielość kategorii, w których mogą się oni zmierzyć z rywalami z innych krajów. Tegoroczna HunGarian Baja pokazała, że tym rywalom Polacy ani trochę nie ustępują i są w stanie walczyć o najwyższe lokaty. Wyjątkowo liczna, bo składająca się z aż 17 zawodników polska delegacja na ten rajd opanowała większość klasyfikacji – brali oni udział w Pucharze Świata FIA w Rajdach Cross Country, Pucharze Świata FIM w Rajdach Baja, Mistrzostwach Europy FIM w Rajdach Baja, Mistrzostwach Węgier oraz starciu pojazdów typu buggy w klasyfikacji „International Buggy”. W każdej z tych klasyfikacji przynajmniej jeden Polak stanął na podium! Tegoroczną HunGarian Baja zdecydowanie należy więc zapisać na konto biało-czerwonych.

 

POLACY

Na starcie tegorocznej HunGarian Baja stanęło w sumie 17 Polaków. Niestety do uroczego Veszprem nie dotarł jedyny polski motocyklista, dwukrotny uczestnik Dakaru, Krzysiek Jarmuż. Ci, którzy się tam zjawili, opanowali zdecydowaną większość kategorii, w jakich rozgrywany był rajd. Najliczniejszą reprezentację mieliśmy w Pucharze Świata FIA – o pucharowe punkty walczył Kuba Przygoński ze swoim belgijskim pilotem Tomem Colsoulem, Aron Domżała i Maciek Marton oraz Marcin Łukaszewski i Magda Duhanik, a także w grupie T2 Tomek Piec i Daniel „Lopez” Dymurski, zwany niekiedy Dariuszem 😉 Kolejne 2 polskie załogi startowały w Mistrzostwach Węgier w grupie TH – Wichura Rally Team w zmienionym składzie, bo Mariusza Wiatra tym razem pilotował Łukasz „Łoker” Łaskawiec, oraz dawno nie widziana na trasach załoga Bomba Rally Raid Team, czyli Adam i Michał Bomba. W kategorii „International Buggy” także na węgierskie trasy wyruszyły 2 załogi UTV – Mirek Stocerz z debiutującym na pokładzie takiego pojazdu Rafałem Martonem oraz Marcin Sobiech i Inez Kieliba. Wśród „lekkiej kawalerii” także Polska miała silną reprezentację, gdyż składała się ona z aż 4 quadowców – w Pucharze Świata FIM o kolejne punkty walczyli Paweł Samek i Jarek „Carlo” Kalinowski, zaś w Mistrzostwach Europy do boju przystąpili Agata Stefaniak i Przemek Pawłowski.
Niestety dla części Polaków HunGarian Baja okazała się pechowa. W sobotę swój żywot zakończyła Toyota Tomka Pieca i Daniela Dymurskiego, nie dając im szans na wystartowanie do niedzielnego etapu, a jednocześnie zdobycie prawie pewnego miejsca na podium. Jeszcze większe problemy ze swoim BMW mieli Marcin Łukaszewski i Magda Duhanik – na pierwszym z sobotnich oesów stracili napęd, co jednak udało się naprawić podczas serwisu. Gorzej było na kolejnym oesie – na 22km odcinka po ciężkim lądowaniu BMW straciło „nóżkę” – urwało się koło. To już nie pozwoliło im na dalszy udział w rajdzie i zmusiło załogę do wycofania się. Kłopoty dopadły również bardzo dobrze jadącego i walczącego o 3. miejsce w Pucharze Świata FIM Jarka „Carlo” Kalinowskiego – współpracy odmówiło „serce” jego quada i także uniemożliwiło mu osiągnięcie mety.
Natomiast wszyscy polscy zawodnicy, którzy dotarli do mety HunGarian Baja wrócili do domu z pucharami. Kuba Przygoński wyraźnie dogadał się już ze swoim nowym autem, John Cooper Works Rally, bo wyciskał z niego ile się dało. Na prawy fotel wrócił zaś jego standardowy pilot, Tom Colsoul, co zapewne też nie było bez znaczenia w tym rajdzie pełnym ostrych zakrętów, hop i watersplashy. Jedyne, co dla Kuby było nowe i nieznane, to trasy HunGarian Baja, w której dotychczas nie brał udziału. On i jego pilot spisali się jednak na medal – dosłownie, bo wywalczyli sobie 3. miejsce wśród załóg Pucharu Świata FIA, jednocześnie utrzymując pozycję wiceliderów klasyfikacji rocznej Pucharu. Ulegli jedynie takim „asom”, jak Nasser Al-Attiyah i Mikko Hirvonen, więc jest to kolejny świetny wynik polsko-belgijskiego duetu. Zobaczcie, jak Kuba podsumowuje ten rajd:

 

Mam nadzieję, że z kolei Aron Domżała i Maciek Marton wybaczyli mi już moje żartobliwo-motywacyjne „Co tak słabo?”, rzucone im po sobotnich zmaganiach 😉 Panowie bowiem jechali naprawdę pięknie! Natomiast w sobotę faktycznie zabrakło im odrobiny szczęścia: – Na trasie jest mnóstwo dziur i dobić, które czuję w każdym milimetrze kręgosłupa. Na pierwszym oesie było bardzo dużo wody i zarówno nasza Toyota, jak i Nassera miała z tym problemy. W pewnym momencie na prostej wrzuciło nam drugi bieg, ale mimo to wykręciliśmy czwarty czas. W drugiej próbie złapaliśmy dwa kapcie – na początek i na koniec. Przy drugim zepsuł się lift, więc musiałem zjechać do rowu, żeby zmienić koło. Do tego zaczęła boleć mnie szyja i ledwie ruszałem ręką… – opowiadał Aron. Rzeczywiście chłopaki w sobotni wieczór miny mieli nietęgie i widać było, że mocno odczuli na własnych ciałach te dziurawe węgierskie ścieżki:  – Ja uniknąłem urazów, choć nie dziwi mnie kontuzja Arona, bo także odczułem trudy tej trasy. Nawigacyjnie nie było to wielkie wyzwanie, ale na pewno trzeba było być bardzo uważnym. Roadbook został dobrze przygotowany, ale na tych wszystkich dziurach trzeba było ciągle pilnować kierowcy, żeby trzymał linię jazdy i skręcił w odpowiednie rozwidlenie. A wszystkie wyglądały bardzo podobnie. Co więcej burza pozrywała taśmy, a tam gdzie pojawiały się strzałki, trzeba było zaufać swoim umiejętnościom, bo często pokazywały niewłaściwy kierunek – komentował Maciek. Niedzielna potyczka z powodu urazu kierowcy stała pod znakiem zapytania. Ale Aron i Maciek to twardziele, więc nie dość, że do walki stanęli, to jeszcze zaliczyli genialny finisz – wygrali ostatni oes! A w końcu pokonać Nassera czy Mikko to nie lada wyczyn! Na pozostałych odcinkach też jechali tak, że naprawdę miło było popatrzeć, ale kłopoty z autem złożyły się finalnie na 5. miejsce, jakie Aron i Maciek ostatecznie zajęli. Wynik dla nich raczej nie z tych wymarzonych, bo celowali w podium, a było ono realne, jednak na pocieszenie dostali puchary za 2. miejsce w Mistrzostwach Węgier i… kolejne punkty w Pucharze Świata, dzięki którym awansowali z 6. na 5. miejsce w klasyfikacji Pucharu.

aron

Aron Domżała / Maciej Marton

W Mistrzostwach Węgier także obie załogi, jakie startowały w tej rozgrywce w grupie TH stanęły na podium, choć aż do samego końca rajdu nie dało się przewidzieć, która z nich które miejsce zajmie. 2 wygrane oesy na swoje konto zapisali jadący nieco kapryśnym do tej pory SAMem MRT Mariusz Wiatr i Łukasz „Łoker” Łaskawiec (Łoker zastąpił „etatowego” pilota Wichura Rally Team, Artura Szczygła), a na kolejnych 3 odcinkach zanotowali 2. czas.

 

Jedno oesowe zwycięstwo, 2 drugie miejsca i 2 trzecie z kolei zgarnęli Adam i Michał Bomba. 2 ostatnie odcinki zaś padły łupem węgierskiej załogi Nissana Navary, Imre Vargasa i Jozsefa Tomy. Po wszystkich odcinkach Mariusz i Łukasz plasowali się na czele tej stawki, ale… No właśnie. Już byli w ogródku, już witali się z gąską… Już cieszyli się z wygranej, a tu bęc! Kwestia ich miejsca rozstrzygnęła się na dojazdówce… 15-minut kary zepchnęło ich na 2. pozycję, a wygrana przypadła w udziale drugiej z polskich załóg, Adamowi i Michałowi Bombom: – Jak to mówią – więcej szczęścia niż rozumu 😉 Wywalczone drugie miejsce nieoczekiwanie zamieniło się na pierwsze po tym, jak chłopaki z Wichura Rally dostali karę za jazdę poza trasą na dojazdówce, szkoda, bo na odcinkach uczciwie pędzili po wygraną. My uszkodziliśmy dyfer i dzisiejsze dwa odcinki jechaliśmy tak, aby mieć jak najmniejszą stratę. Szkoda oczywiście że to nie puchar FIA, ale Hungarian National Rally też nas zadowala 😉 – komentowali na mecie. Ich zadowolenie powinno być tym większe, że tuż przed rozpoczęciem rajdu w Bowlerze objawiły się problemy z elektroniką, co nie wróżyło dobrze. Jednak problem udało się usunąć, podobnie, jak kolejne, które pojawiały się w trakcie rajdu, dzięki czemu szczęśliwie dojechali do mety i mogli się cieszyć z wygranej. Zaś pachnący nowością Bowler przeszedł swój chrzest bojowy.

bomba

Adam Bomba / Michał Bomba

Chrzest bojowy na HunGarian Baja przeszedł także jeden z najbardziej doświadczonych polskich pilotów, Rafał Marton. Po raz pierwszy bowiem miał on okazję zasiąść na prawym fotelu pojazdu UTV, tę zaś możliwość dał mu Mirek Stocerz. Panowie rywalizowali między innymi z drugą polską załogą, Marcinem Sobiechem i Inez Kielibą. Ich głównymi rywalami okazali się jednak Belgowie, Rudy Verheyen i Koen Slegers. Finalnie jednak to Polacy triumfowali z przewagą 3’15” i dzięki temu mogli się cieszyć z pierwszego wspólnego zwycięstwa: – Podobno swój pierwszy wygrany rajd pamięta się najlepiej. HungarianBaja 2017 zapamiętam na pewno, bo dostarczył mnóstwo wrażeń 😉 Najpierw organizatorzy przesunęli nasz start o 2 godziny i ścigaliśmy się tuż przed zachodem słońca, ale udało się wygrać prolog. W nocy nawałnica połamała nasz namiot i odtąd serwisowaliśmy się pod gołym niebem. Do połowy 2 osu prowadziliśmy ponad minutę, po czym zbyt odważna jazda przez kałużę skończyła się wygiętym tylnym wahaczem i 50km jechaliśmy bokiem. Chłopaki z serwisu uwinęli się i naprawili sprawnie wahacz, ale na kolejnym odcinku straciliśmy moc i jechaliśmy maksymalnie 97km/h. Mimo to jakoś udało się wygrać 3 os. Okazało się, że padła główna pompa paliwa, ale zapasowa dała radę i ruszyliśmy pełną mocą na 4 os. Do połowy mieliśmy identyczny czas jak goniący nasz zespół z Belgii, ale stukot dochodzący spod podłogi auta zmniejszył mój nacisk na pedał gazu i wyprzedzili nas ok. 10 km przed metą. Na serwisie Zdzichu odkrył, że łożysko naszej podpory wału przestało istnieć. Akurat tej części nie miał nikt, nawet inne zespoły. Trzeba było improwizować, Zdzichu wrzucił 4 kulki z łożyska od kół, zamontował czym miał pod ręką i wstawiliśmy auto do parku zamkniętego. Na wyjazd z parku wpadliśmy w ostatniej chwili, tylko dzięki telefonowi od Marcina (to się nazywa Fair Play!), bo źle oszacowaliśmy godzinę startu, której organizator nie podawał. Z obawą o nasz wał i 2 minutami przewagi ruszyliśmy za Belgami. Po jakiś 12 km doszliśmy do nich, ale jadący przed nami samochód z TH przepuścił tylko Belgów, a my wlekliśmy się za nim przez 10km w kłębach kurzu i dopiero ominęliśmy go, gdy zrobiło się wystarczająco szeroko. Prowizorka Zdzicha zadziałała lepiej niż oryginał więc pognaliśmy do mety wygrywając 5 os 37s przed Belgami. Rajd ukończyliśmy na pierwszym miejscu i tutaj chciałbym podziękować Marcinowi Sobiechowi i Inez Kielibie za pomysł startu w Hungarian Baja i ratujący „życie” telefon , Zdzisławowi Walusiowi i Staszkowi za ostrą walkę z problemami na serwisie, Małgorzacie Polak za opiekę nad wyprawą, a najbardziej Rafałowi Martonowi za wkład w moją edukację rajdową i że zechciał się ze mną wybrać na rajd w aucie bez szyby 😉 – podsumowywał Mirek.

 

stocerz

Mirosław Stocerz / Rafał Marton

Marcin i Inez też nie wyjechali z Węgier bez pucharów. Co więcej – zdobyli ich aż 2 komplety: – MAMY TO !!!Hungarian Baja 2017 zakończone pełnym sukcesem. Pierwsze miejsce w Super Buggy. Trzecie w generalnej klasyfikacji Buggy. Naprawdę bardzo, bardzo dobry wynik, mając na uwadze, że ścigaliśmy się z pojazdami o wiele, wiele wyższej mocy . Jesteśmy ogromnie zadowoleni! Dziękujemy za kibicowanie – cieszyła się załoga Mega Rally Team. Przypomnijmy, że Marcin i Inez to doświadczona załoga cross country (urzędujący Wicemistrzowie Polski w grupie T2), jednak na Yamahę YXZ przesiedli się dopiero w tym roku i, jak widać, i takim pojazdem potrafią osiągać sukcesy.

 

O tym, że Paweł Samek potrafi osiągać sukcesy na swoim quadzie, chyba nikogo nie trzeba przekonywać, choć przez ostatnie blisko 2 lata próżno było szukać jego nazwiska na listach startowych rajdów baja. Paweł jednak nie wypadł z obiegu, co udowodnił podczas niedawnej Baja Aragon, gdzie mimo kłopotów zajął 4. miejsce z minimalną stratą do podium. W kolejnej rundzie Pucharu Świata FIM w Rajdach Baja, jaką była HunGarian Baja, apetyt miał na podium i o nie walczył już od pierwszych kilometrów rajdu: – Po prologu. Jest bomba! Dzisiaj 2 miejsce w Pucharze Świata Baja Quad i 8 miejsce w generalce z motocyklami na 44 startujących. Jest dobrze, jutro postaram się, żeby było lepiej. Ale wyniki wynikami, rajd to wyzwanie i przeżycie, które się miło spędza w doborowym towarzystwie z rodziną i przyjaciółmi – mówił Paweł po pierwszym dniu zmagań w HunGarian Baja. Trzeba przyznać, że atmosfera w polskim „obozie quadowym” faktycznie była świetna i rodzinna. Za to na oesach nasi quadowcy walczyli jak lwy. Po sobotnich odcinkach Paweł meldował: – Odpoczywam po 400 km dzisiejszej trasy na Hungarian Baja. Jutro 260 km. Jest wciąż dobrze, ale może będzie lepiej – 2 miejsce. Strata do lidera 3 min. Będzie ogień! Był ogień, to fakt. Lidera, którym był Portugalczyk Arnaldo Martins, Polakowi jednak nie udało się pokonać, ale była to raczej „mission impossible”, jednak puchar za 2. miejsce wśród quadów w Pucharze Świata Paweł zgarnął. Dodatkowo wskoczył na pozycję wicelidera klasyfikacji!

samek

Paweł Samek

O kolejne pucharowe punkty i podium w rajdzie dzielnie walczył także wspomniany Jarek „Carlo” Kalinowski, który niestety przegrał nie z rywalami, a z własnym quadem…
Dobrze spisała się także nasza quadowa reprezentacja w Mistrzostwach Europy FIM w składzie Agata Stefaniak i Przemek Pawłowski. Przemek po piątkowym prologu i sobotnich oesach znajdował się nawet na czele klasyfikacji, ale plany na wygraną pokrzyżowała mu niedziela: – Pozostał ból rąk i niesamowite wspomnienia. Trasy były bardzo urozmaicone, szybkie szutry, lasy, miejscami sporo wody. Przez pierwsze dwa dni poza uśmiechem towarzyszyła mi bardzo pozytywna presja, ponieważ zawzięcie broniłem pozycji lidera  W trzecim dniu mały błąd w wodnej pułapce kosztował mnie sporo czasu. Zawody Mistrzostw Europy ukończyłem na drugim miejscu w quadach oraz w klasyfikacji generalnej (quady oraz motocykle) – podsumowywał Przemek. Dodajmy, że uległ on jedynie Ukraińcowi Iaroslavowi Tovstykowi, który był klasyfikowany także w Pucharze Świata, gdzie zajął 3. miejsce.

Przemek

Przemysław Pawłowski

Nieco mniej szczęścia, ale i radości z jazdy, miała Agata, która ukończyła rajd na 5. miejscu w klasyfikacji FIM-E: – Jechałam na Węgry z ogromna pewnością siebie i swoich umiejętności, z wiarą że mogę nawiązać walkę i wygrać klasę kobiet. Przy tym wszystkim byłam niespokojna o set rajdowy, który założyliśmy i go nie przetestowaliśmy. Już prolog pokazał, że lekko i łatwo nie będzie. Pierwszy OS w sobotę to była nauka jazdy, przez co czas był słaby. Natomiast drugi odcinek to była już ogromna przyjemność trzymanie gazu i bawienie sie jazdą… do czasu, gdy FOX nie wytrzymał i zeszło z niego powietrze. Mimo tego cisnęłam do mety jak szybko się da, bo wiedziałam że czas będzie dobry i tak było… straciłam tylko niecałe 30 sekund. FOX na serwisie został zmieniony na Ohlinsa i w niedzielę, pełna wiary i nadziei kontynuowałam rajd. Jak się jednak okazało, Ohlins na fabrycznych sprężynach to była jedna wielka katastrofa Zawieszenie pływało, na dohamowaniu do zakrętów się składało, nie wybierało dziur, istny koszmar. Mimo tego, zaciskałam zęby i jechałam dalej kombinując po drodze jak tu się złożyć w zakręt i się przy tym nie zabić. Pierwszy odcinek wypadł fatalnie. Drugi niedzielny os jechałam, wiedząc już ze nie mam o co walczyć. Mimo zmian w ustawieniu zawieszenia dalej było słabo. Moje dłonie i ręce nie dawały już rady. Nie chciałam się poddać i dojechałam do mety ze łzami w oczach. Pokonało mnie zawieszenie i bak, przed którym każdy mnie ostrzegał. Na 15 litrach nawet bym nie przejechała 100 km, a strefa była dopiero kolo 104 km … Wracam do domu zła na siebie. Wiem, że mogłam dużo więcej, ale wiem też, że walczyłam i nie poddałam się – opowiadała rozczarowana Agata. Co prawda celów, jakie sobie postawiła na ten rajd, nie udało jej się osiągnąć, ale także ona nie wróciła do domu z pustymi rękami – przywiozła bowiem puchar za 2. miejsce w klasie kobiet. A przede wszystkim świadomość tego, że walczyła do końca.

Agata

Agata Stefaniak

Podsumowując, łącznie Polacy 9, a w zasadzie 10 razy (Marcin Sobiech i Inez Kieliba dwukrotnie) stawali na podium HunGarian Baja! Możemy być z nich dumni!!!

 

SAMOCHODY
W samochodowej stawce HunGarian Baja nietrudno było wytypować skład podium. Po kolejną wygraną w Pucharze Świata pewnie zmierzają Nasser Al-Attiyah i Mathieu Baumel Perso, którzy do tej pory wygrali prawie wszystkie rundy, w których startowali (jedynie Abu Dhabi Desert Challenge zakończyli niefortunnym wypadkiem). Zatem to również oni byli głównymi faworytami na Węgrzech. Ale apetyty na zwycięstwo miał także ubiegłoroczny triumfator HunGarian Baja, Mikko Hirvonen, który w tym roku dysponował nową bronią w postaci najnowszej wersji „Miniaka”, John Cooper Works Rally, oraz nowym, ale świetnym pilotem, Andym Schulzem. Wiadomo więc było, że batalia o prymat na węgierskich trasach rozegra się właśnie między tymi dwoma załogami. I choć Hirvonen bardzo się starał, choć jechał naprawdę świetnie, tracąc zaledwie niespełna pół sekundy na kilometrze do swojego katarskiego rywala, to jednak Al-Attiyah po raz kolejny był bezkonkurencyjny. Duet Nasser Al-Attiyah / Mathieu Baumel wygrał 4 z 5 oesów (ostatni oes należał do Polaków, Arona Domżały i Maćka Martona), a tym samym cały rajd: – Bardzo się cieszę, że wygrałem na Węgrzech po raz czwarty. Uwielbiam ten rajd, odkąd w 2008 roku wystartowałem tu po raz pierwszy. Wcale nie było łatwo, musiałem być skoncentrowany aż do samego końca, tak bardzo, że dopiero pod koniec pierwszego niedzielnego odcinka uświadomiłem sobie, że zapomniałem się napić. Ale pogoda była świetna, trasa też, przy drodze widzieliśmy bardzo wielu kibiców, a auto spisywało się perfekcyjnie. Ogólnie mieliśmy bardzo dużo frajdy – mówił Nasser Al-Attiyah.

nasser2

Nasser Al-Attiyah / Mathieu Baumel

Mniej zadowolony, a wręcz nieco rozczarowany, był z kolei Mikko Hirvonen. Już po pierwszym niedzielnym oesie, kiedy jego strata do katarsko-francuskiej załogi wynosiła ponad 3 minuty, miał świadomość, że trudno będzie ich dogonić: – Nasser znów był bardzo szybki, a my nie mieliśmy odpowiedniego tempa, by go pokonać. Cisnąłem na limicie przez pierwsze 40km dzisiejszego pierwszego odcinka, ale potem mieliśmy ryzykowny moment, więc trochę się powstrzymałem, bo czułem, że jeśli nie zwolnimy, to będziemy mieli rolkę. Drugie miejsce nie jest takie złe, ale oczywiście nie mogę być w pełni usatysfakcjonowany. Jednak cieszę się, że pomimo tego, że jest to dopiero nasz drugi rajd z Andym, pracujemy w coraz większej harmonii. Nasser to bardzo silny rywal, będzie ciężko odrobić te sekundy i minuty, ale wierzę, że jest to możliwe – mówił Hirvonen na półmetku ostatniego dnia rajdu. Jednak nie było to możliwe – Fin musiał się pogodzić ze swoim drugim miejscem. „Emerytowany” kierowca WRC był z kolei poza zasięgiem dla swoich teamowych kolegów, Kuby Przygońskiego i Toma Colsoula, choć i oni bardzo dzielnie walczyli na węgierskich trasach. Im w udziale przypadło 3. miejsce w rajdzie, zaś strata do Hirvonena wcale nie była duża – zaledwie 8’02”.
W grupie T2 pojedynek o zwycięstwo w HunGarian Baja stoczyły ze sobą dwie rywalizujące ze sobą już od zeszłego roku arabskie załogi. Z komfortową przewagą w Pucharze Świata do węgierskiej rundy przystępował Saudyjczyk Yasir Seaidan, któremu na prawym fotelu towarzyszył reprezentant Emiratów, Arif Mohammed. Odebrać im pucharowe punkty chcieli Katarczycy, Adel Abdulla i Nasser Al-Kuwari. I to im się udało, choć na węgierskich trasach szybsi byli ich rywale z Race World Team. O wyniku bowiem zadecydowała 19-minutowa kara dla Seaidana. Abdulla bowiem zwyciężył rajd z niespełna 17-minutową przewagą. Praktycznie w garści 3. miejsce wśród załóg T2 mieli natomiast Polacy, Tomek Piec i Daniel Dymurski, by tylko oni na Węgrzech stanęli w szranki z bliskowschodnimi rywalami, jednak szansę na ukończenie rajdu, a tym samym miejsce na podium odebrała im awaria ich Land Cruisera.

adel

Adel Abdulla / Nasser Al-Kuwari

Spośród 4 załóg, jakie walczyły na HunGarian Baja o punkty Pucharu Świata, tylko 2 udało się dotrzeć do mety, zatem i tu podium było niepełne. Co ciekawe, stanęły na nim dwie jednoosobowe załogi, w dodatku jadące bardzo podobnymi pojazdami, „Mosquitami”. Klementem Mosquito, którego znamy z polskich tras RMPST, startował Węgier Gabor Juhasz, zaś swoją wersją Mosquita o nazwie R1 Big Bang, jechał Słowak Juraj Ulrich. Obu panów natomiast nie ominęły kłopoty. Gabor Juhasz już na 10km pierwszego z sobotnich odcinków urwał koło i nie „zreanimował” auta przed drugim oesem, ale w niedzielę powrócił do gry i tę niedzielną grę ukończył jako jedyny z T3. Z kolei Juraj Ulrich bez większych kłopotów poradził sobie z sobotnimi oesami, a „poległ” na pierwszym z niedzielnych. Wobec tego o miejscach obu panów finalnie zadecydowała wysokość kar za nieukończone odcinki, a te były wyższe za sobotnie zmagania. Wobec tego na najwyższym stopniu podium w T3 stanął Ulrich, zaś Juhasz mógł się cieszyć drugim stopniem. Warto dodać, że Gabor Juhasz to jedyny przedstawiciel gospodarzy, jaki w samochodowej stawce stanął na podium. Natomiast pucharowe punkty wywalczyła sobie także bardzo efektownie jadąca węgierska załoga T-jedynkowego Porsche Macan, Pal Lonyai i Albert Horn, którzy zajęli 9. miejsce w generalce Pucharu Świata FIA.

gabor

Gabor Juhasz

Część załóg rywalizujących w Pucharze Świata FIA podczas HunGarian Baja była także klasyfikowana w Mistrzostwach Węgier. Tu podium w generalce jednak wyglądało zupełnie inaczej. Na jego najwyższym stopniu stanęli czwarci w Pucharze Czesi Martin Prokop i Jan Tomanek, drugie miejsce zdobyli Aron Domżała i Maciek Marton, zaś na 3. pozycji uplasował się urzędujący Mistrz Polski, Czech Mirek Zapletal wraz ze swoim słowackim pilotem Markiem Sykorą. Wyłącznie w ramach Mistrzostw Węgier rywalizowały natomiast załogi ciężarowe, dla których trasa była jednak mocno skrócona w stosunku do ich „samochodowych” kolegów. Spośród 3 ciężarówek, których załogi zdecydowały się na start na tych „sprinterskich” trasach, do mety dotarła tylko jedna. Już na prologu „poległa” Tatra T815 z węgierską załogą w składzie Viktor Merkovics, Istvan Madaras i Ja Valki. Do ostatniego odcinka rajdu natomiast toczyła się walka o zwycięstwo pomiędzy Węgrami – Miklosem Kovacsem, Peterem Czegledi i Laszlo Acsem jadącymi Scanią Torpedo a Czechami Martinem Soltysem, Josefem Kaliną i Tomasem Sikolą w Tatrze Phoenix. Po 4 oesach prowadzili Czesi, jednak awaria wykluczyła ich z dalszej walki i zmusiła do wycofania się. Tym samym zwycięzcami zostali przedstawiciele gospodarzy, na czele z lokalnym ciężarowym bohaterem, Miklosem Kovacsem.

kovacs

Miklos Kovacs / Peter Czegledi / Laszlo Acs

 

MOTOCYKLE I QUADY
W Pucharze Świata FIM w Rajdach Baja zmierzyło się 5 motocyklistów i 6 qiadowców. Tu, podobnie, jak w stawce samochodowego Pucharu Świata, kandydatów do wygranej można było obstawiać niemal w ciemno. Wśród motocyklistów głównym faworytem był Słowak Stefan Svitko, który w tegorocznym Rajdzie Dakar zajął 2. miejsce. Można było więc śmiało liczyć na to, że również z węgierskimi trasami, które ma „po sąsiedzku”, pójdzie mu równie gładko. Kto na niego stawiał, nie przeliczył się. Jadący KTMem 450 XC-F Svitko praktycznie zdeklasował rywali, wygrywając wszystkie oesy i jednocześnie cały rajd. To było jego pierwsze zwycięstwo w HunGarian Baja  W jego osiągnięciu nie przeszkodził mu nawet upadek, jaki przydarzył mu się na pierwszym niedzielnym odcinku.: – Poranny przejazd nie poszedł mi zbyt dobrze, bo około 50km po starcie motocykl wyślizgnął się spode mnie na śliskich kamieniach, ale na szczęście ani mnie, ani motocyklowi nic się nie stało. Potem na 30km przed metą straciłem tylny hamulec, co też przysporzyło mi kłopotów. Ogólnie jednak jestem bardzo zadowolony z mojej pierwszej wygranej w HunGarian Baja – opowiadał Svitko.

svitko

Stefan Svitko

Nieszczęśliwy nie może też być zdobywca 2. miejsca, który także był jednym z motocyklowych faworytów rajdu – Włoch Alessandro Ruoso (KTM 450). Jeszcze przed HunGarian Baja to on zajmował fotel lidera pucharowej klasyfikacji, był więc dla Svitko nie byle jakim konkurentem. Choć finalnie uległ Słowakowi o blisko 17 minut, to swoją główną misję wykonał – umocnił się na czele Pucharu Świata: – To był świetny oes, szybszy niż wczorajsze. Nie miałem żadnych problemów, wszystko szło dobrze. Wiem, że wiele osób narzekało na wiatr, ale mnie on nie przeszkadzał i wiał jednakowo dla wszystkich. Jestem na drugim miejscu w rajdzie i prowadzę w Pucharze Świata, nie mam na co narzekać – mówił po pierwszym z niedzielnych oesów Ruoso. Z pierwszej dziesiątki klasyfikacji pucharowej jeszcze tylko Francuza Adriena Mare mogliśmy oglądać na węgierskich trasach i to on teoretycznie mógł stanąć na najniższym stopniu podium. Okazało się jednak, że to tylko teoria, bowiem „czarnym koniem” miał być – i rzeczywiście był – Czech Jan Brabec, jadący Husqvarną FE 450. Pokonał on nie tylko pechowego Niemca Michaela Ott-Eulberga (awaria i nieukończone oba sobotnie oesy), ale także wspomnianego Adriena Mare, i to aż o ponad 25 minut. Dzięki temu znalazł się od razu na 8. miejscu w klasyfikacji Pucharu Świata.
Wśród 6 quadowców startujących w HunGarian Baja w stawce Pucharu Świata najpoważniejszym faworytem był Portugalczyk Arnaldo Martins – piekielnie szybki, bardzo pogodny, ale ni w ząb nie rozumiejący żadnego języka poza portugalskim 😉 Nieznajomość języków już w Hiszpanii podczas Baja Aragon zupełnie jednak nie miała wpływu na jego jazdę, gdzie jechał jak natchniony, pozostawiając rywali daleko w tyle. Ponownie w szranki z nim stanęli nasi bardzo mocni zawodnicy, czyli Paweł Samek i Jarek Kalinowski, ale nawet oni zdawali sobie sprawę, że Martins może być znów nie do dogonienia. I tak rzeczywiście było – Portugalczyk także na Węgrzech wykręcał czas jak z kosmosu. Jego przewaga nad pozostałymi zawodnikami była do tego stopnia miażdżąca, że członkowie polskiego zespołu chcieli mu zamontować kamerę na quadzie, bo nie mogli uwierzyć, że nie jeździ on jakimiś skrótami 😉 Nie jeździł. Ten zawodnik wywodzący się z motocrossu po prostu jest taki szybki. Wystarczy powiedzieć, że nawet mimo 8-minutowej kary, jaka pojawiła się na jego koncie, pokonał on naprawdę wspaniale jadącego Pawła Samka o blisko 15,5 minuty. Z kolei Paweł więcej niż drugie tyle dołożył laureatowi 3. miejsca, Iaroslavowi Tovstykowi. Tovstyk był jednym z ukraińskich „trzech muszkieterów”, jacy powalczyli o podium HunGarian Baja i punkty Pucharu Świata. Do mety dotarło ich tylko dwóch – oprócz Tovstyka zameldował się na niej Bogdan Zyrin.

arnaldo

Arnaldo Martins

Stawka Mistrzostw Europy w Rajdach Baja na HunGarian Baja liczyła 4 motocyklistów i 3 quadowców plus wspomnianych 3 ukraińskich quadowców, którzy rywalizowali jednocześnie w Pucharze Świata i Mistrzostwach Europy. Motocykliści rozłożyli swoje siły pół na pół, gdyż dwóch zawodników – Lajos Horvath i Richard Hodola – reprezentowało Węgry, a dwóch kolejnych – Vladimir Preis i Martin Benko – Słowację. Z tej narodowej potyczki zwycięsko wyszli Słowacy, gdyż do mety nie dotarł Lajos Horvath, za to obu Słowaków znalazło się na podium. Zwycięzcą klasyfikacji Mistrzostw Europy został Vladimir Preis, zaś jego rodak, Martin Benko, zajął 3. miejsce. Rozdzielił ich Richard Hodola.

preis

Vladimir Preis

Ciekawie i dość nieprzewidywalnie potoczyła się „europejska” rozgrywka quadowców. Po pierwszym dniu bowiem na czele stawki znajdował się startujący wyłącznie w tej klasyfikacji Przemek Pawłowski, zaś 2. i 3. miejsce zajmowali Ukraińcy z Pucharu Świata. Na 4. miejscu widniała natomiast jedna z dwóch pań, jakie zmierzyły się także w klasie kobiet, Czeszka Olga Rouckova. 5. miejsce zaś zajmowała nasza zawodniczka, Agata Stefaniak. Ostatnie miejsce należało do trzeciego z Ukraińców, Oleksandra Bashynskiy’ego, który „poległ” na pierwszym z niedzielnych odcinków i do mety nie dojechał. Niedziela zmieniła także układ podium. Iaroslav Tovstyk pokonał naszego Przemka Pawłowskiego, spychając go na 2. pozycję, zaś Olga Rouckova wygrała z Bogdanem Zyrinem, wskakując na 3. miejsce. Sympatyczna i waleczna Czeszka ponownie stanęła na podium – tym razem na najwyższym stopniu – w klasyfikacji kobiet.

olga

Olga Rouckova

W kategorii „International” do walki stanęło aż 25 motocyklistów, wśród których było 2 Czechów i armia, bo cała reszta, Słowaków. Do mety natomiast dotarło tylko 19 zawodników. Całe podium, co zresztą nietrudno było przewidzieć, opanowali Słowacy. Najszybszy Robert Bodor, który o 35 sekund pokonał Richarda Jankovica, a o kolejne 13 sekund Samuela Theisa. W tej kategorii startował także jeden quadowiec, ale za to jaki! Był nim Czech Josef Machacek, rajdowy weteran, pięciokrotny zwycięzca Rajdu Dakar. Mimo siwych włosów na głowie, ma on ciągle ogień, bo choć walczył sam ze sobą, to na jego jazdę naprawdę miło było popatrzeć.

machacek

Josef Machacek

Mnie miło było popatrzeć na zmagania wszystkich zawodników, jacy startowali w HunGarian Baja, gdyż po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć ten rajd na żywo. Co tu dużo mówić – tereny, na których jest rozgrywany ten rajd, naprawdę zachwycają, zaś trasy są ciekawe, bardzo szybkie, ale wymagające. Jeśli do tego dodać świetną międzynarodową atmosferę, piękną pogodę, gościnnych Węgrów i licznych polskich zawodników, którym można pokibicować, to naprawdę rajd ten odbiera się fantastycznie. Mnie aż nie chciało się stamtąd wracać…

Special thanks to Gabor Juhasz for invitation, care and help. Thanks to you, my friend, I could live a great and beautiful adventure! See you soon!
Wielkie dzięki także dla Grześka Kozery za “przygarnięcie” i znoszenie mnie przez 4 dni 😉

AM

Pełna galeria: https://drive.google.com/open?id=0B0-r74-Px8n2ZUxSZ1VVT2pvRDg

 

 

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s