HARDKOROWE TATKI

„Jak tatki?” – pytał mnie po kilku etapach Maciek Marton tuż po tym, jak sam u boku Arona Domżały zjechał na metę oesu. „Jadą! 🙂” – brzmiały odpowiedzi, po których następowały meldunki o „tatkach” mijających kolejne waypointy, aż do mety. Pisałam Maćkowi: „zostawcie im coś na kolację” albo „szykujcie karchera”, kiedy „tatki” kończyli oes. Zarywałam nocki, by „pilotować” Macieja Domżałę i Rafała Martona, bo o nich mowa, ale warto było! Dojeżdżali w nocy, zjedli pół pustyni piasku, naprawiali wiecznie psującego się Polarisa i tak z dnia na dzień z uporem maniaka walczyli o metę. A przecież to już nie młodzieniaszki, tylko panowie w wieku „odpowiednim”. I co z tego, że nie dotarli do mety Rajdu Dakar 2019? Dla mnie i tak są bohaterami. No, po prostu hardkorowe tatki!

Maciej Domżała i Rafał Marton jeszcze przed Dakarem zapowiadali, że nie jadą na ten rajd po wynik, a po metę. Trudno się dziwić, bo przecież każdy dakarowy debiutant myśli przede wszystkim o mecie. Maciej Domżała był dakarowym debiutantem, ale i dla dakarowego weterana, jakim jest Rafał Marton, to też był w pewnym sensie debiut, bo startował z kierowcą, z którym jeszcze nie jeździł, a także pojazdem, w którym na dakarowych trasach jeszcze nie zasiadał. No i nie okłamujmy się, chłopaki są już w słusznym wieku, a zmierzyć im się przyszło w znacznej mierze z młodymi gniewnymi. Jak klasyczni dżentelmeni, jechali swoje, ciesząc się każdym kilometrem, każdą etapową metą. I tak przez okrągły tydzień. Niestety, po tygodniu ich Polaris powiedział „dość!”, nie dając Maciejowi i Rafałowi szansy na upragnioną metę w Limie. Ale… Nie to jest w ich historii najważniejsze – najważniejsze jest to, tak na każdym etapie walczyli z ultra ciężkim terenem i kapryśnym Polarisem, a także wszechobecnym kurzem, zmęczeniem, stresem. Przyjrzyjmy się, jak sobie z tym wszystkim radziły „hardkorowe tatki”.

_26G8797

 

Etap 0

6 stycznia 2019 – dłuuugo wyczekiwany dzień.  Wreszcie nadszedł ten pamiętny moment, czyli ceremonia startu Rajdu Dakar 2019. Już tutaj Maciej i Rafał,  choć nie tylko oni, mieli trochę stresu, bo ceremonia strasznie się opóźniała. „Tatki” na rampę wjechali z ponad godzinnym opóźnieniem. Ale jest, w końcu jest! Można się pokazać tysiącom kibiców w Limie i milionom oglądających transmisję. „Teraz zatrzymaj, daj na neutral” – słychać głos Rafała na onboardzie z tej uroczystej chwili wjazdu na rampę. Od razu widać, kto tu rządzi – oczywiście pilot, czyli tzw. umysłowy.  Ale biało-czerwoną flagę dumą trzymają obaj panowie. Chwilka na prezentację, pomachanie do kibiców i… tyle było, czas minął. Wspomnienia zostaną na zawsze.

tatki1

 

Etap 1

Zabawę czas zacząć! Pierwszy etap Rajdu Dakar to zawsze taka rozgrzewka, przystawka. Co jednak wcale nie znaczy, że łatwo. Tym razem organizatorzy zaserwowali zawodnikom 247km dojazdówek i 84km oesu. Oes, mimo, że krótki, to dał już zawodnikom posmakować tego, co będzie daniem głównym przez kolejne dni, czyli wydm. Aż 70% odcinka wiodło po wydmach, a to już mogło generować problemy. I generowało. Także Maciej Domżała i Rafał Marton już doświadczyli pierwszych przygód z Polarisem. „Mieliśmy problemy z temperaturą wody i temperaturą paska, od 20 km musieliśmy zwolnić i tak doturlaliśmy się do mety. Ale to dopiero początek – pierwsze koty za płoty!” – relacjonował Rafał. Panowie ukończyli ten etap z 27. lokatą. Ale przede wszystkim z metą – ich pierwszą, dakarową metą! Etap 1 odhaczony, „tatki” jadą dalej!

_p6j2970

 

Etap 2

Jak to często bywa na Dakarze, po „lajtowym” (oczywiście jak na dakarowe warunki) prologu, na etapie 2 trzeba zacząć odsiewać ziarna od plew. Znaczy się ma być ciężko. W 41. edycji Dakaru rolę sita miał pełnić drugi co do długości w całym rajdzie oes, zlokalizowany na trasie z Pisco do San Juan de Marcona. Odcinek ten liczył aż 342km, a do tego jeszcze trzeba było doliczyć 211km dojazdówek, na których też wiele może się wydarzyć. Tu jednak głównie działo się na oesie, bo nie dość, że był on długi i męczący, to jeszcze pełen piasku w różnych postaciach – niebotycznych wydm Ica, piaszczystych ścieżek i plaży nad oceanem. Załogi SxS szczególnie mocno posmakowały tych piasków – dosłownie! Także Maciej Domżała i Rafał Marton, którzy jechali w otwartych kaskach, do czego nie są przyzwyczajeni, zjedli pół pustyni, jak to mówił Rafał. „Dziś już wiemy, co to Dakar w UTV, i to jeszcze nie w tych kaskach, co trzeba. Jesteśmy na mecie 😀” – podsumował ten etap Rafał.

1d2_1970

Właśnie – kolejna meta zaliczona. Panowie więc na koniec dnia byli cali zakurzeni, ale uśmiechnięci. Jakoś nie było po nich widać trudów tego etapu. Zdradzał to jedynie piasek, który oblepił ich od stóp do głów. Ale co tam piasek, jeszcze się go najedzą przez te kolejne dni. Najważniejsze jest to, że będą mieli ku temu okazję, bo jadą dalej!

tatki6

 

Etap 3

Kolejny etap i kolejne dakarowe sito. Tym razem drobnoziarniste, jak do przesiewania mąki. Albo fesz-feszu. Ta piaskowa mąka to coś, co być może tygryski lubią najbardziej, za to zawodnicy najbardziej nie lubią. Na liczącym 331km oesie fesz-fesz to tylko jedna z „atrakcji”, bo tu w menu były jeszcze kolejne wydmy-giganty, ale także kręte, dziurawe i kamieniste ścieżki na terenach wulkanicznych, gdzie nie brakowało także groźnych rozpadlin. A jeśli do tego dodać skomplikowaną nawigację, to robi się już całkiem ciekawie. Jakby mało było przygód na oesie, to zawsze mogły się jeszcze wydarzyć na liczących aż 467km dojazdówkach. Na tym etapie niejeden zawodnik miał problemy. Niestety nie ominęły one także Macieja Domżały i Rafała Martona. Co za dzień! Na 20 km straciliśmy moc – uszkodzony wąż od turbiny. Usunęliśmy awarię z pomocą Marco Piana. Przez ultra trudne wydmy przejechaliśmy bezbłędnie, ale na 120 km auto zgasło. Nie jestem dobry w elektryce, ale po 30 minutach doszedłem, że to regulator napięcia – udało mi się zrobić obejście i ruszyliśmy dalej. Na CP 2 – 188 serwis wymieniał nam skrzynię biegów. W końcu po 8 godzinach dotarliśmy do mety” – opowiadał Rafał. Co ciekawe, mimo tych awarii „tatkom” udało się wykręcić całkiem niezły czas – w klasyfikacji etapu zajęli 24 miejsce, zostawiając za sobą 5 innych załóg. Najważniejsze jednak, że udało im się cało i zdrowo dotrzeć do kolejnej mety. Dotarli do niej zmęczeni, ale uśmiechnięci. Nic dziwnego – w końcu dalej są w grze!

© RallyZone - Edoardo Bauer

 

Etap 4 i 5

Etap maratoński to najtrudniejsze zadanie dla zawodników – nie dość, że muszą się uporać z ciężką trasą, to jeszcze noc na biwaku nie oznacza dla nich spania, a samodzielną pracę przy pojazdach. Z tymi właśnie „przyjemnościami” mieli do czynienia zawodnicy na etapie 4 i 5. Na tych etapach, poza zmęczeniem „ludzkim” i już dającym się we znaki zmęczeniem maszyn, prawdziwym przekleństwem, szczególnie dla załóg SxS, był wszechobecny fesz-fesz. Nagrodą zaś dla tych, którzy się z tymi atrakcjami uporają, był czekający ich dzień odpoczynku, bardzo już im potrzebny, a także wyznaczający półmetek zmagań w Rajdzie Dakar 2019. Sztuką jednak było dotarcie do tego półmetka – wystarczy sobie wyobrazić, że przez te dwa dni trzeba było pokonać blisko 1400km! A po drodze kolejne pasma wydm, niebezpieczne górskie ścieżki i morza oślepiającego fesz-feszu. Jeśli jeszcze po drodze przydarzyły się awarie, to już naprawdę było to poważne wyzwanie. To wszystko w menu na te dwa dni miały „hardkorowe tatki”. Na biwak do Arequipy, gdzie czekał zawodników dzień odpoczynku, Maciej Domżała i Rafał Marton dotarli w nocy. Ale dotarli.

1D2_4862

Jest 23.55, właśnie dotarliśmy na biwak do Areqipuy po dwóch dniach etapu maratońskiego, czyli bez serwisu. Jesteśmy cali i zdrowi i nasza fura też. Jesteśmy Wam winni kilka informacji, co działo się przez te dwa dni, a działo się dużo. Z całego teamu fabrycznego Polarisa – Xtreme+ w rajdzie pozostaliśmy już tylko my, pozostałe załogi odpadły na maratonie i wrócą po dniu przerwy do walki w klasyfikacji „Half Marathon”. My podróżowaliśmy ze zmiennym szczęściem. Wczoraj na trasie był potworny fesz fesz, czasami jechaliśmy zupełnie na oślep, na 120 km odcinka urwał się nam pasek, a przed samym zmrokiem, jadąc w kanionie w fesz feszu, musieliśmy zwolnić, bo zablokował nas UTV jadący przed nami i utknęliśmy na pół godziny, ostatnie 60 km pokonywaliśmy w kurzu po zmroku przez 3 godziny. W nocy zabraliśmy się za naprawę i odkurzanie naszego wózka – wymieniliśmy pasek, filtr powietrza, wahacz z przodu, wahacz z tyłu i ruszyliśmy do dzisiejszego odcinka (518 km). Na kilometrze 144 w głębokim fesz feszu uderzyliśmy lewym kołem w kamień i złamaliśmy drążek kierowniczy. Po naprawie ruszyliśmy dalej, przed samym zmrokiem pokonaliśmy najtrudniejsze na tym etapie wydmy, pozostawiając tam kilkadziesiąt pojazdów naszych konkurentów. Pozostało nam 130 km odcinka, a słońce zaszło, byliśmy trochę załamani, bo wiedzieliśmy, że czeka nas jazda po wysokich górach, trasa wiedzie po szczytach, a nawierzchnia to nasz ukochany fesz fesz – niebezpiecznie!!! Po kolejnych 30 km okazało się, że organizatorzy odwołali ostatnie 100 km, ponieważ w górach jest gęsta mgła i nie ma możliwości kontynuowania odcinka specjalnego – w ten sposób po serii nieszczęść spotkało nas szczęście i tak zakończyliśmy pierwszą połowę Dakar Rally 2019 – meldował z Arequipy Rafał. Otóż to! Połowa rajdu za nimi! Istotne jest to, co podkreślił Rafał – są jedyną załogą z teamu Xtreme+, która pozostała w grze. Co najgorsze, na etapie 5 z rajdu odpadł Marco Piana, szef zespołu, który jechał w rajdzie jako „lotny serwis” dla swoich załóg.  Oznacza to, że „tatki” są zdane już tylko na siebie, bo nawet załogi startujące w półmaratonie, czyli powracające na trasę po dniu przerwy, nie mogą im pomagać. No ale przecież się nie poddadzą z takiego powodu, przecież to hardkorowe tatki! A na razie niech sobie odpoczną, zasłużyli.

WhatsApp Image 2019-01-12 at 06.47.07

 

Dzień odpoczynku

Uff, wreszcie można zmyć z siebie kurz, zdrzemnąć się… i zebrać siły na drugą połówkę. Dakaru, oczywiście 😉 Jest też czas na podsumowanie tego, co się do tej pory wydarzyło, wyciągnięcie wniosków, przemyślenie tego, co ma nastąpić. Toteż właśnie to Rafał w wolnej chwili zrobił. „Dzisiaj Rest Day w Arequipie – dzień odpoczynku dla wszystkich, z wyjątkiem mechaników. My dotarliśmy koło północy, był to ciężki etap dla nas, kolejna awaria, ale udało się ją usunąć. Auto w całości, jest w tej chwili na biwaku, mechanicy rozpoczęli totalną odbudowę na drugi tydzień. Za chwilę ruszamy na biwak, będzie briefing, będą kolejne informacje, roadbooki na jutrzejszy dzień. Z tego, co wiemy do tej pory, ten drugi tydzień ma być trudniejszy od pierwszego. To znaczy, że będzie trudny, nawet bardzo. Być może dlatego, że ten Dakar rozgrywany jest tylko w jednym kraju i że jest krótszy, organizatorzy postanowili, że te odcinki będą naprawdę trudne i tutaj szukali jakby trudności tego rajdu. Jest faktycznie ciężko. Ostatnie dwa etapy maratońskie dały nam naprawdę nieźle w kość z uwagi na tę nawierzchnię – bardzo trudna do jazdy, szczególnie dla nas. Nasz pojazd jest otwarty, kurz cały czas w środku, nie ma czym oddychać, ograniczona widoczność, urządzenia nawigacyjne zakurzone, także dużo dodatkowych zajęć, dużo utrudnień na trasie. Razem z Maćkiem jedziemy spokojnie, równo, staramy się nie szarżować, nie ścigamy się bezpośrednio z jakimiś naszymi konkurentami. Chcemy po prostu przejechać całe zawody. Na pewno dla Maćka jest to trudne doświadczenie, on jest debiutantem. Spisuje się świetnie, jest twardym gościem. Dobrze nam się współpracuje. Mamy nadzieję, że ten drugi tydzień ułoży się dla nas równie pomyślnie, jak ten pierwszy i że za kilka dni staniemy na podium w Limie. Trzymajcie za nas kciuki!” – mówił na filmiku Rafał, który wyglądał jak z krzyża zdjęty. Lub jakby od tygodnia nie spał. A przynajmniej nie dosypiał. A to akurat prawda. I prawdą jest to, że debiutujący w rajdzie Maciej jest twardym gościem. Rafał też. Dlatego jadą dalej. Będą walczyć o kolejne mety, aż do tej ostatniej, w Limie. Na razie największym dylematem Rafała jest to, jak Indianie Nazca narysowali te słynne linie w tym fesz-feszu 😉 Przynajmniej oficjalnie. Nieoficjalnie, ale całkowicie zrozumiale na pewno obaj ojcowie denerwowali się sytuacją, w jakiej znaleźli się ich synowie, a finalnie pewnie byli przybici tym, że na kolejny etap ta podwójna rodzina nie wyruszy w komplecie…

49815876_2271133973115957_7545007935517097984_n (1)

 

Etap 6

Pierwsza połowa, choć już ekstremalnie ciężka i odbierająca szansę na metę wielu zawodnikom, była bułką z masłem przy tym, co czekało zawodników w drugiej części rajdu, począwszy już od etapu 6. Ale „hardkorowe tatki” się nie wystraszyły zapowiedzi organizatorów i własnych przewidywań co do stopnia trudności kolejnych etapów, co to, to nie! Bladym świtem Maciej Domżała i Rafał Marton wyruszają na trasę etapu 6. Zanim zmierzą się z liczącym 309km oesem, muszą pokonać pół tysiąca kilometrów dojazdówki, wiodącej urokliwą, ale niebezpieczną Panamericaną. Po tej wielogodzinnej i już męczącej podróży przed nimi oes, na którym są wydmy, wydmy, upiorne wydmy. Na początku odcinka panowie musieli się zmierzyć z tymi ostatnimi, czyli upiornymi wydmami, bowiem trasa tego oesu rozpoczynała się od słynnych wydm Tanaka, najtrudniejszych w rajdzie, które w tym roku były jeszcze wredniejsze niż rok wcześniej. Następnie w menu – kolejne wydmy, Acari – znane już zawodnikom z etapu 3, ale pokonywane inną trasą, co powodowało problemy nawigacyjne. Potem chwila na oddech podczas jazdy po plaży wzdłuż Pacyfiku, a po niej długa sekcja offroadowa. Na deser kolejne nieprzyjazne wydmy – Duna Grande i Duna Argentina. Ufff, już na samą myśl człowiek się otrzepuje z piasku 😉 A tu jeszcze trzeba zachować 100% koncentracji! Ale weź tu zachowaj koncentrację po tak długiej dojazdówce! A „hardkorowe tatki” nie pękają, tylko z uporem maniaka pokonują kolejne kilometry, borykając się przy okazji z problemami. Ale udało się! „O godzinie 0.53 dojechaliśmy do mety. Na etapie spędziliśmy 21 godzin. Na 112 km odcinka spadliśmy z wysokiej obciętej wydmy i urwaliśmy lewe przednie koło razem z całą ćwiartką. Naprawa zajęła nam prawie 4 godziny, a ostatnie 150 km po wydmach jechaliśmy po zmroku. Jednak ciągle jesteśmy w rajdzie” – opowiada Rafał. Otóż to! Ciągle są w rajdzie! Na ich twarzach maluje się zmęczenie, które zakrywa radość z tej szóstej mety, ale w sercach na pewno jest radość. I wola walki, bo choć snu za wiele ich tej nocy nie czeka, to rano znów wyruszą w dalszą podróż.

50053219_1544053509060777_680668543078891520_n

 

Etap 7

Na briefingu po etapie 6 organizatorzy mówili, że o ile ten etap był trudny, to był on jedynie przystawką, a danie główne czeka zawodników na etapie 7. Ten etap to pętla wokół San Juan de Marcona, tym razem z bardzo krótką, bo liczącą zaledwie 64km dojazdówką, ale za to z 323km oesem. Bardzo trudnym oesem! Ten etap cechował się dużą różnorodnością terenu, a tym samym wielością pułapek. Tu w menu były szybkie partie offroadowe, głęboki fesz-fesz, wyboiste wyżynne ścieżki, a do tego oczywiście surfowanie po wydmach. To wszystko zaś okraszone skomplikowaną nawigacją, z wieloma pułapkami nawigacyjnymi. Wielu zawodników na tym oesie miało problemy lub wręcz zakończyło tu swój udział w rajdzie. Ale nie „hardkorowe tatki” 🙂 Wygląda na to, że dla Macieja Domżały i Rafała Martona im trudniej, tym lepiej J „Dziś bez większych przygód. Raz zagotował się nam silnik w wydmach, ale odczekaliśmy trochę i zjechaliśmy na metę cało. Trudne wydmy, naprawdę trudne. Nie ma już szans na wynik, ale jedziemy dalej i dziś mieliśmy dobry ubaw”podsumował krótko Rafał. Nic więc dziwnego, że zjechali na biwak w wyśmienitych humorach, z uśmiechami od ucha do ucha i gorącą wolą walki na kolejnych etapach.

tatki4

 

Etap 8

Pewnie w równie świetnych humorach Maciej Domżała i Rafał Marton wyruszyli na trasę etapu 8. Składał się on z 215km dojazdówek i 360km oesu, na którym organizatorzy zaserwowali zawodnikom piaskowy cocktail, bowiem musieli się oni tutaj zmierzyć z fesz-feszem, piaskiem plaż oraz oczywiście wydmami, z ostrymi podjazdami i zjazdami. Na koniec oesu czekała ich szybka offoradowa sekcja, na której konieczne było zachowanie maksymalnej czujności. Ale… Zanim jeszcze można było zobaczyć Macieja Domżałę i Rafała Martona na live timingu jako załogę, która wystartowała do oesu, pojawiła się nieciekawie brzmiąca informacja od Rafała: „Stoimy na 149 km dojazdówki przed oesem. Mamy poważny wyciek oleju z silnika. Nie wiemy co dalej….” Serca kibiców tej załogi, w tym moje, na dłuższą chwilę stanęły, a kciuki zaciskały się aż do bólu. Niestety, to nie pomogło… „Jesteśmy na 150km dojazdówki do odcinka numer 8. W tym miejscu Dakar zakończył się dla nas. Mamy awarię silnika. Niestety mechanicy nie usuną tego wycieku. Musimy się wycofać”  – brzmiała kolejna informacja od Rafała… Nadzieja na metę prysła jak bańka mydlana. Wiem, że gdyby Polaris totalnie się nie poddał już na dojazdówce do oesu, panowie gotowi by byli przeciągnąć albo przenieść go do mety własnymi rękoma. Wola walki była ogromna, zabrakło trochę szczęścia… Zresztą panowie nie poddali się bez walki – od momentu zauważenia wycieku do stwierdzenia „to koniec” upłynęło kilka ładnych godzin. Rozważane były różne rozwiązania – mechaniczne i regulaminowe, które mogłyby sprawić, żeby „hardkorowe tatki” pozostały w grze. Niestety, rozwiązania nie było żadnego…

tatki3

Jedyne, co mogli zrobić, to dojechać do mety w Limie jako „cywile”, i tak też zrobili. I byli na tej wymarzonej mecie, choć już jako kibice. „Dziś zakończył się Rajd Dakar 2019. Gratulacje dla zwycięzców, szczególnie dla Toby’ego Price’a, który większość rajdu jechał ze złamanym nadgarstkiem i dla Nassera Al Attiyah, który odczarował Toyotę, szczególne dla wszystkich Polaków na mecie. Dla naszej załogi był to trudny egzamin. Spędziliśmy wiele godzin naprawiając naszego Polarisa na trasach odcinków specjalnych. Spędziliśmy wiele godzin na wydmach, w kanionach i rzekach wypełnionych fesz feszem, dusząc się i płacząc wszechobecnym kurzem. Mieliśmy też przygody, których nawet nie będę próbował Wam opowiedzieć, bo emocje, jakie towarzyszą załodze, która po silnym upadku z wydmy i po kilkugodzinnej naprawie na środku pustyni przy użyciu półśrodków rusza w wydmy przy zachodzącym słońcu i po 21 godzinach jazdy, z czego po 6 godzinach w kompletnych ciemnościach, we mgle, w fesz feszu, w górach i w końcu przez szczyty obciętych wydm dociera do mety. Tego nie da się opisać. Chciałbym tylko w tym miejscu wyrazić swój ogromny szacunek dla Maćka Domżały, który przecież jest debiutantem, a ani przez chwilę nie okazał słabości. Kolejną ciężką próbą na tych zawodach było patrzeć na bezradność naszych synów, którzy pokazali, że należą do grupy najszybszych zawodników na Dakarze, a przypadek i zbieg nieszczęśliwych okoliczności sprawił, że nie mogli kontynuować dalszej walki. Pomimo tych wszystkich przeciwności, jechaliśmy dalej i kiedy już uwierzyliśmy, że „ zły duch” pokonany, wtedy los odebrał nam ostatecznie szansę na metę. Czujemy się silni, a jednocześnie bezradni. Dziękujemy wszystkim za kibicowanie i za wsparcie” – podsumował Rafał. Silni, ale bezradni – to chyba najtrafniejsze określenie tego, jak Maciej Domżała i Rafał Marton mogli się czuć, stojąc na mecie w Limie. Tej upragnionej, tak już bliskiej, a jednak dalekiej. Silni – na pewno! Przez ten tydzień swojego udziału w rajdzie doskonale pokazali, że siły mają wcale nie mniej niż ci młodzi, niż ci najmocniejsi. Bezradni? Z jednej strony tak, bo oni nie zawiedli, oni walczyli – poddał się sprzęt. Z drugiej strony, jeśli patrzeć na nich z perspektywy każdego dnia ich zmagań na Dakarze, to kompletnie nie można powiedzieć o bezradności. Ultraciężki teren, awarie, zmęczenie – to ich ani na chwilę nie pokonało, radzili sobie z każdym problemem. Poza tym ostatnim, z którym nikt nie byłby w stanie sobie poradzić. Pewnie gdyby mogli, to by poszli do Limy na piechotę, z Polarisem na plecach. W końcu to „hardkorowe tatki”!

tatki2

 

AM, fot. RallyZone, Rafał Marton, Xtreme+

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s