Misja: Włochy – Wspomnienia z Italian Baja 2018

Odwrotnie niż w Mazurku Dąbrowskiego, z ziemi polskiej do włoskiej, wyruszyła pod koniec czerwca 2018 całkiem spora gromadka Polaków. Każdy z nich podążał w to samo miejsce – do urokliwego miasteczka Pordenone, gdzie mieściła się baza Italian Baja. Każdy z nich jechał tam ze swoją misją i każdy chciał coś wygrać – zawodnicy, team managerowie, mechanicy, dziennikarze. I szpiedzy, jak ja 😉 W ogólnym rozrachunku można powiedzieć, że polska misja „Włochy” zakończyła się powodzeniem.

Kilka razy już pisałam o Italian Baja, jako, że rajd ten co roku wchodzi w skład Pucharu Świata FIA w Rajdach Cross Country. Co więcej, co roku cieszy się on popularnością wśród polskich zawodników, którzy na dodatek bardzo dobrze się tu spisują, więc jest o czym pisać. Przez te kilka lat śledzenia Pucharu Świata „poznałam” trasy poszczególnych rajdów, w tym także Italian Baja, ze zdjęć, filmików, czy opowieści. O Italian Baja wiedziałam, że trasy ma urokliwe, szczególnie te fragmenty, które prowadzą korytami turkusowych rzek. A propos – zawsze się zastanawiałam, czy te rzeki faktycznie są takie turkusowe, czy to elektronika trochę przekłamuje barwę. Otóż faktycznie takie są, widziałam na własne oczy.

DSC_8702

No właśnie – nawet mi się nie śniło, że tym razem te włoskie krajobrazy i przemierzające je rajdówki, w tym oczywiście te z Polakami na pokładach, będę mogła zobaczyć na własne oczy. Któregoś dnia zadzwonił do mnie Krzysiek Wicentowicz: „Nie uwierzysz! Startuję w Italian Baja!” Uwierzę. Wiem, że miał w planach zagraniczny start w tym roku, jedynie żadne z nas nie spodziewało się, że będzie to właśnie włoska runda Pucharu Świata. „Weź mnie! Weź mnie!” – rzuciłam bez namysłu. „No właśnie sobie pomyślałem, że mogłabyś pojechać z nami jako nasz koordynator” – chyba również bez namysłu rzucił Wincent. Namysł był później, choć ja praktycznie aż do dnia wyjazdu nie wierzyłam, że naprawdę jadę. A trzeba było wierzyć, Wincent nie rzucał słów na wiatr…

I tak to w środowy wieczór, po blisko dwunastogodzinnej podróży „wesołym autobusem” wiozącym dwie załogi Overlimit, czyli Patrycję Brochocką i Grześka Komara oraz Krzyśka Wicentowicza i Bartka Bobę, a także filmowca Arka Torskiego, tatę Wincenta – Wojtka i mnie, zameldowaliśmy się w Pordenone, a konkretnie w centrum targowym, gdzie zlokalizowana była baza rajdu. Udało nam się jeszcze przed zamknięciem biura odebrać naklejki na auta, które przydały się na rano. Wieczorem wraz z resztą ekipy, czyli trzecią z załóg Overlimit – Magdą Zając i Tomkiem Mroczkiem, w świetle księżyca i przy włoskich smakołykach serwowanych w hotelowej restauracji, rozkminialiśmy ostatnie regulaminowe zagwozdki i snuliśmy plany na kolejne dni. Plan zawodników oczywiście zakładał jak najlepsze rezultaty w niedzielę na mecie, mój – wszelką pomoc organizacyjno-informacyjno-papierkową dla nich, fotografowanie i zbieranie informacji z trasy (czyli klasyczne dziennikarzenie, tym razem także dla międzynarodowego portalu cross country The Rally-Raid Network), a także podglądanie organizacyjnych aspektów rajdu i podpatrzenie ewentualnych ciekawych rozwiązań, które można by zastosować na naszych polskich rajdach.

FB_IMG_1561109640404

 

Szpiegostwo organizacyjne

Faktycznie, niektóre pomysły Włosi mają dobre, część z nich warto zapożyczyć. Jednak ogólnie rzecz biorąc, organizacji to akurat Włosi mogliby się od nas uczyć – tam (za wyjątkiem samej trasy) panuje wszechobecny chaos i ciężko znaleźć kogoś, kto potrafi udzielić rzetelnej informacji (tak, tak, nawet organizatorzy potrafią wprowadzić w błąd!). Zupełnie inaczej jest na odcinkach – tam aż roi się od sędziów i safety, nie wspominając o strzałkach, które Włosi nawet potrafią stawiać na prostych albo na zakrętach, z których nie ma gdzie odbić. Ale biada tym zawodnikom, którzy zamiast roadbookiem chcą się kierować strzałkami – strzałki bowiem potrafią być złośliwe i obrócić się na wietrze, a przy dość przezroczystej strukturze materiału, z jakiego były one wykonane, pokierować zawodnika w przeciwną stronę niż prawidłowa. Na własne oczy widziałam kilka takich sytuacji, gdy załogi zmylone taką odwróconą strzałką waliły w złą stronę, a tam taśma albo w ogóle nicość. Jedna włoska załoga ostre hamowanie przed taśmą przy odwróconej na wietrze strzałce przypłaciła zagotowaniem biednej Grand Vitarki.

DSC_8065

A byli i tacy, którym nawet taka gigantyczna ilość strzałek nie pomagała – jedna taka załoga próbowała rozjechać mnie, innych dziennikarzy i kibiców, a nawet sejfciarza, skręcając o jakieś 200m za wcześnie, w dodatku lądując pod prąd trasy. Zresztą kar za pomylenie trasy posypało się całkiem sporo. Na obronę strzałek powiem tyle, że w mojej opinii faktycznie miały one rację bytu w korytach rzek, gdzie jednak dość istotne było trafienie w konkretne miejsce przejazdu przez rzekę. Aczkolwiek i tak znajdowali się zawodnicy, którzy mieli własną koncepcję przejazdu przez wodę i niekoniecznie się mylili. Mylić się natomiast potrafili Odpowiedzialni za Kontakty z Zawodnikami (za wyjątkiem pochodzącego z Libanu Ziada Jamousa, który akurat był jedynym kompetentnym z tego trio), dominował w tym zwłaszcza jeden z nich, który akurat wyjątkowo dbał o to, by to jego z całej trójki CRO najłatwiej było spotkać. Mnie ów pan aż 3 razy wprowadził w błąd, ale uratowało mnie dziennikarskie zboczenie weryfikowania informacji. Nie powiem, kilka razy też okazał się pomocny, na przykład tłumacząc wszystkie rubryczki karty wyposażenia osobistego, którą organizatorzy postanowili sporządzić wyłącznie we własnym języku. I tu kolejny problem organizacyjny – wszelkie komunikaty, informacje, decyzje itp. dotyczące Mistrzostw Włoch publikowane były tylko po włosku, a przecież aż 4 załogi startujące w Mistrzostwach były z Polski. No właśnie – nasi startowali nie tylko w Mistrzostwach Włoch, ale i w Mistrzostwach Strefy Europy Centralnej, czyli CEZ, o których istnieniu organizatorzy chyba zapomnieli, bo ani list startowych, ani wyników, ani żadnych informacji dotyczących CEZ nie można było znaleźć. Jedynie CEZ pojawiało się w nagłówkach regulaminu i komunikatów. No cóż, w tym roku Włosi po raz pierwszy byli organizatorami rajdów zaliczanych do CEZ (pierwszą tegoroczną rundą CEZ była włoska Baja di Primavera), co w sumie też jest trochę dziwne, bo geograficznie to jednak trudno Włochy przypisać do Europy Centralnej. No ale skoro już ktoś wpisał rajd do kalendarza CEZ, to wypadałoby, by organizator o tym pamiętał. A nie pamiętał nawet o tym, że w rajdzie uczestniczyły załogi z 23 krajów, czym się zresztą sam szczycił (akurat słusznie), bo uroczysta gala z okazji 25-lecia rajdu w znacznej większości prowadzona była po włosku, Na dodatek przeciągnęła się na tyle, że zaplanowany na 23:00 start honorowy obsunął się o dobre pół godziny, powodując delikatnie mówiąc stres u wielu zawodników. Pomysł nocnego startu (choć może niekoniecznie aż tak późnego) bardzo mi się podobał, kiedy wyczytałam o nim w programie rajdu. Widziałam na zdjęciach czy filmikach takie nocne starty – wyglądały świetnie. Ten włoski akurat nie. Owszem, była rampa, elegancko przystrojona, tylko… fatalnie oświetlona. To niestety odebrało część uroku takiej ceremonii. Resztę uroku odebrała widownia – stanowili ją członkowie zespołów (w mniejszości) i zaproszone na galę VIPy (w większości), dodatkowo część widowni wyraźnie rozsmakowała się w serwowanych na gali włoskich winach. A mogło być tak pięknie…

DSC_7067

Dobrze, że dzień później, po prologu, wszyscy zawodnicy zagościli na starówce w Pordenone, gdzie formalnie odbywała się ceremonia wyboru pozycji startowych, a w praktyce prezentacja startujących w rajdzie załóg. Tu akurat było bardzo ładnie, i telebim był i w ogóle elegancko. Tyle, że… jakoś tłumu kibiców nie było widać… Zresztą na trasach też. Jedynie w strefach kibica przy hopie w winnicy Rauscedo czy na torze Valvadrom było ich trochę więcej, choć znaczna część bardziej była zainteresowana sprzedawanymi tam napojami niż rajdem. W miasteczku rajdowym to już praktycznie wcale kibiców nie można było spotkać. Było ono zlokalizowane na terenie centrum targowego Pordenone Fiere, co miało swoje bardzo dobre strony, szczególnie ze względu na ulokowanie serwisu, parc ferme, BK w halach targowych, a to bardzo duży plus, bo ani błota, w którym można się zakopać ciężarówką, ani na głowę nie pada (a w nocy z czwartku na piątek była porządna burza), ani namiotów wiatr nie zabiera, ani słońce nie doskwiera. Natomiast chyba właśnie to trochę mogło kibiców odstraszać, bo choć każdy mógł wejść na teren miasteczka, to mogło ono z zewnątrz wyglądać na zamknięte i niedostępne. No i rajdówek z ulicy nie widać. Promocja chyba też nie była zła, bo nawet w małych wiejskich sklepikach można było znaleźć kolorowe plakaty reklamujące rajd. Samo centrum targowe też było dookoła obwieszone bannerami, a z jednego z nich spoglądało na ludzi rozpędzone MINI Kuby Przygońskiego – tak swojsko 😉 Ogólnie było bardzo swojsko, za co zdecydowanie należy pochwalić organizatorów. Ludzie pracujący przy rajdzie od wysokiego szczebla po najniższy byli bardzo życzliwi, otwarci i pomocni. Wyjątkowo sympatyczni byli ludzie z informacji, którzy odpowiadali na każde pytanie z uśmiechem i starali się każdy problem rozwiązać, a jeśli sami nie potrafili, to błyskawicznie ściągali kompetentną osobę. Podobnie było w przypadku sędziów – i tych na serwisie, i tych na trasie. Również służyli wszelką informacją i nie wyganiali z miejsc, w których nie można było przebywać (tu nie drą się: „Za taśmęęęęęę!!!”), tylko miło tłumaczą, że chyba wybrałeś sobie nienajlepsze miejsce (ze strefy PKC nawet o dziwo mnie nie wygoniono – ja bym wygoniła 😉 ).

DSC_7465

A jeden z sędziów to już wręcz przeszedł samego siebie! Pilnował wstępu na BK dla Mistrzostw Włoch, gdzie mogli wchodzić tylko zawodnicy, a ja oczywiście chciałam tam wleźć za naszymi załogami z Overlimit. Pan bardzo grzecznie mnie poinformował, że nie mogę, no to się nie pchałam i poszłam sobie. Gdy później wróciłam, pan podszedł do mnie i powiedział, że zadzwonił do swojego szefa i wyprosił zgodę dla mnie na wejście na 10 minut i pofotografowanie. No szok! Może gdzieś podświadomie poczuł jakąś sędziowską solidarność? 😉 Był natomiast codziennie taki moment, kiedy znikali autentycznie wszyscy ludzie organizatora – pora obiadowa. W tym czasie można było zapomnieć o załatwieniu czegokolwiek. A Włosi do tego stopnia pilnują swojej sjesty, że… potrafią na BK zostawić na półtorej godziny auto wiszące na podnośniku… Taką przygodę mieli nasi chłopcy z Finarto Racing. Technicy kazali im wstawić auto na podnośnik, co oczywiście wykonali, po czym spojrzeli na zegarki i bez słowa całą armią opuścili halę, A biedna Toyotka wisiała i czekała…

received_2460905193949628

Jedno miejsce natomiast nawet w czasie sjesty funkcjonowało i tętniło życiem – to biuro prasowe. A w nim również przemili ludzie, którzy starali się pomóc w każdej sytuacji, a przede wszystkim służąc najbardziej rzetelnymi informacjami. Tych informacji często trzeba było zasięgać, bo niestety o wielu rzeczach organizatorzy zapomnieli poinformować w oficjalnych programach czy dokumentach – np. o konferencji prasowej. Na szczęście o różnego rodzaju informacje można było pytać praktycznie każdą osobę pracującą przy rajdzie. Tych ludzi można było bardzo łatwo rozpoznać – wszyscy mieli na sobie białe koszulki lub koszule z logo rajdu. Pomysł, moim zdaniem, na szóstkę! Od razu widać, kto jest „od rajdu” i od kogo można uzyskać informacje czy poprosić o pomoc. Inny pomysł, który bardzo mi się podobał, to ustawione w okolicach stref kibica tablice pokazujące schematy miejsc niebezpiecznych na rajdzie oraz tych, w których można oglądać rajd. Takie obrazowe przypomnienie zasad bezpieczeństwa nigdy nie zaszkodzi, a może kogoś uchronić przed niemiłymi sytuacjami. I trzeba przyznać, że kibice do tych zasad bezpieczeństwa faktycznie się stosowali, choć na trasie taśm akurat prawie nie było – jedynie można je było znaleźć przy strefach kibica oraz na niektórych skrzyżowaniach, gdzie można było wypaść z trasy. Kibicom zaś na trasę łatwo było trafić, bo w biurze rajdu leżały sterty mapek, które każdy mógł sobie wziąć. Również w biurze można było sobie kupić rajdowe gadżety – koszulki, czapeczki i smycze. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ich cena – koszulki i czapeczki kosztowały 5 euro, smycze 3 euro, zaś cały zestaw 10 euro. Taniocha! Spośród rajdowych ciekawostek z Italian Baja muszę jeszcze wymienić karty drogowe, bo takich to jeszcze nie widziałam. Miały dziwny i trochę nieporęczny format, znaczy były dość duże, ale za to w innym kolorze na każdą sekcję, z różowym włącznie 😉 Takie rzeczy tylko na Italian Baja 😉 My – mimo, że nie mamy kolorowych kart drogowych – naprawdę nie mamy się czego wstydzić w porównaniu z Włochami. Wręcz przeciwnie – nawet zawodnicy mówią, że nasza Baja Poland organizacyjnie jest dużo lepsza niż Italian Baja. Po naocznym przekonaniu się z całą odpowiedzialnością mogę to potwierdzić. Choć krajobrazy na trasie mnie absolutnie oczarowały…

received_2464947576878723

 

Backstage

Po snuciu planów w środowy wieczór przyszedł czas na ich realizację. W czwartek rano stawiliśmy się na odbiorach administracyjnych i badaniach kontrolnych.

DSC_6930

Tu też po raz pierwszy spotkaliśmy się z częścią pozostałych Polaków – Mariuszem Wiatrem i Łukaszem Łaskawcem oraz ich ekipą pod dowództwem Darka Żyły, Solter Team serwisującym Tomka Pieca, a także Tomkiem Baranowskim i Grześkiem Konczakiem wraz z ich ekipą. Chłopaków z Finarto Racing spotkałam później jeszcze na BK, stojących przy wiszącej na podnośniku Toyocie – wtedy usłyszałam tę niewiarygodną historię o porzuceniu ich auta przez udających się na obiad techników, oczywiście na czele ze słynnym Lionelem Carre. Odbiory i pogaduchy zajęły nam pół dnia. Drugie pół przeznaczyliśmy między innymi na obiad w centrum Pordenone – takie dwa w jednym, bo i jedzonko (w tym oczywiście włoskie makarony, bo jakżeby inaczej), i spacer po mieście. Nie odmówiliśmy sobie również zajrzenia do jednej z licznych lodziarni – polecam tamtejsze lody, szczególnie melonowe – pyyyycha!

DSC_6946

Jako, że doskwierało nam trochę włoskie słońce, po obiedzie postanowiliśmy pojechać nad widzianą w drodze do Pordenone rzekę i zażyć kąpieli. Z mapki wyczytaliśmy, że nad tą rzeką będzie przebiegała trasa prologu, więc chcieliśmy znaleźć dogodny dojazd do niej, by w piątek nie błądzić, szukając miejsca do filmowania i fotografowania. Trochę miałam pietra, bo czułam się trochę tak, jakbyśmy upalali, a przecież tam piknikowało mnóstwo ludzi. Poza tym i tak busem upalać byłoby ciężko 😉 Widać jednak było, że ktoś chyba faktycznie tu uskuteczniał nielegale, bo było tu mnóstwo śladów opon stosowanych w cross country, a w niektórych miejscach nawet zrobiły się koleiny. Podczas prologu przekonałam się, że jego trasa prowadziła dokładnie w tych miejscach, gdzie widziałam te ślady. Może właśnie tym bardziej, że widziałam w czwartkowe popołudnie te ślady, miałam poczucie, że robimy coś złego. Zwłaszcza wtedy, gdy podczas naszej wesołej kąpieli w turkusowej rzeczce, przelatywał nad nami helikopter, który wcześniej widziałam w miasteczku serwisowym. W tym momencie pomyślałam: „O cholerka, FIA…” A przecież nie robiliśmy nic złego – korzystaliśmy tylko z dobrodziejstwa chłodnej wody (zresztą najbliższej) w upalny dzień…

DSC_6950

Tak schłodzeni pojechaliśmy do hotelu, wyszykować się na wieczorną galę. Ja punkt programu w postaci przebierania się pominęłam, bo i tak nie miałam wejściówki na galę, więc po co się stroić? Nie mogłam sobie jednak odpuścić wieczornej ceremonii startu, więc wraz z ekipą wybrałam się do miasteczka rajdowego. A nuż się coś ciekawego wydarzy… Może i na galę jakoś uda mi się jakoś wejść. Spróbować musiałam. Miła pani na wejściu odmówiła wstępu dziennikarce bez wejściówki, choć robiła, co mogła, bym jednak mogła się tam znaleźć. Z odsieczą przyszli koledzy z Finarto Racing, którzy mieli wejściówkę na zbyciu. Okazało się, że nawet bez „bileciku” można było się wślizgnąć drugimi drzwiami, gdzie goście wychodzili na papierosa. A gości na gali było całkiem sporo. Głównie zawodnicy i ich teamy, głównie z zagranicy. O tym chyba trochę zapomnieli organizatorzy, bo znaczna część imprezy była prowadzona po włosku. Szkoda, bo chyba mieli całkiem ciekawe rzeczy do powiedzenia. Mnie najbardziej zainteresowała część o historii rajdu, przygotowana z okazji 25. edycji Italian Baja – na dużym ekranie można było zobaczyć ciekawych zawodników i ciekawe auta, jakie pojawiały się na rajdzie na przestrzeni lat.

DSC_6974

Były też pokazy iluzjonistyczne, te niestety po włosku, ale komentarz i tak był zbędny. Niemniej ze względu na to, że królował tu język włoski, a gośćmi w większości byli nie-Włosi, towarzystwo zaczęło się ulatniać. Ulotnił się również Kuba Przygoński, który, jak się okazało, był gwiazdą wieczoru. Gdy miał być wywołany na scenę jako faworyt rajdu, rozpoczęły się gorączkowe poszukiwania, w które znajomi z biura prasowego próbowali również mnie zaangażować. Na szczęście wkrótce Kuba się odnalazł i można było z nim przeprowadzić rozmowę.

DSC_6989

Gala przedłużała się, a zniecierpliwieni zawodnicy czekali na ceremonię startu, która zaplanowana była na 23:00. Rozpoczęła się ze sporym opóźnieniem i, niestety, zabrakło na niej kibiców. Tę funkcję pełniła garstka lokalnych VIPów, która również zaczęła się rozchodzić po czołówce zawodników, więc nasi zawodnicy startujący w CEZ mogli liczyć niemal wyłącznie na członków swoich teamów. Szkoda, bo naprawdę mogło to być fajne wydarzenie, w końcu taka nocna ceremonia startu to rzadkość. Impreza zakończyła się po 1:00 w nocy. My kontynuowaliśmy naszą imprezę w hotelu. Przysięgam, już nigdy w życiu nie tknę grappy! Popsuła mi pół kolejnego dnia…

DSC_7040

Piątek na Italian Baja rozpoczęliśmy od wizyty na deszczowym shakedownie. Mogliśmy się tam przyjrzeć testom części czołowych załóg, poznać ich styl jazdy, a także zobaczyć częściowo warunki, jakie zawodników czekały na trasie. Dla mnie to było zupełnie nowe doświadczenie, bo jeszcze nie miałam okazji obserwować światowej czołówki cross-country przygotowującej swoje pojazdy i siebie do rajdu. Tu też miałam okazję porobić pierwsze fotki „w akcji”.

DSC_7306

Kolejnym punktem programu był briefing, na który też nie omieszkałam się wybrać. W końcu jako koordynator zespołu musiałam znać wszystkie ważne kwestie związane z rajdem. A propos, kto mi tę koordynatorską funkcję wymyślił??? A, Wincent! No więc jako koordynator z bożej łaski, czy też z łaski Wincenta, po briefingu zostałam oddelegowana do zbierania dodatkowych informacji. I wtedy właśnie przekonałam się, że Odpowiedzialni za Kontakty z Zawodnikami niekoniecznie dysponują właściwą wiedzą. Problematyczne okazało się zlokalizowanie PKC 0. Niby wisiała mapka z rozkładem PKCów serwisowych, ale jakoś średnio rozsądnie akurat ten PKC zlokalizowano. Znaczy zupełnie inaczej, niż to zwykle bywa. Zabrakło tu bowiem PKCu na wyjeździe z parc ferme, a przecież na noc zawodnicy wstawiali do niego swoje auta. Jeden z Odpowiedzialnych za Kontakty, niejaki Paolo, który świetnie się sprawdził jako tłumacz karty wyposażenia na BK, tym razem się nie spisał, bo wskazał mi zupełnie inną lokalizację PKC 0 niż rzeczywista. Na szczęście naszą rozmowę usłyszał drugi z CRO, Tiziano, który sprostował błędne informacje i poinformował mnie o właściwej lokalizacji oraz o tym, że zawodnicy mogą zabrać auta z parc ferme 15 minut przed czasem PKC 0 i spokojnie się w tym czasie tam przemieścić. Ufff, uratowana! Ale tylko chwilowo, bo na odpowiedzi na kolejne pytania musiałam dłuuuugo czekać. Jak wspominałam, w okolicach godziny 14:00 Włosi mają tendencję do znikania. Ta skłonność do dematerializacji dotyczy także Odpowiedzialnych. Jedynym z nich, który zawieruszył się akurat w biurze prasowym, był Ziad Jamous z Libanu, który odpowiadał za kontakty z zawodnikami startującymi w Pucharze Świata. Od niego odpowiedź na moje pytania uzyskałam natychmiastowo i, co ważne, były one rzetelne. Nota bene ten pan jest obecnie wiceszefem Komisji Cross-Country w FIA. Uzyskawszy wszystkie niezbędne informacje, zaszyłam się w biurze prasowym w oczekiwaniu na konferencję prasową. W międzyczasie w kafejce obok zaczęli się pojawiać zawodnicy, więc nie omieszkałam przysiąść się do nich i poplotkować. Takie momenty to coś idealnego dla dziennikarza, bo można zdobyć mnóstwo ciekawych informacji o różnych rajdach, także tych zakulisowych, a także poznać opinie zawodników na różne tematy. Taką skarbnicą informacji był tu dla mnie Mirek Zapletal, czyli kolejny „swój” na obcej ziem. Z kolei do dyskusji, jaką prowadziłam z Tomkiem Piecem, dołączył Kuba Przygoński, który oczywiście miał być jednym z głównych bohaterów konferencji prasowej. I tu kolejna zagadka organizacyjna – kto ma prawdziwe informacje? Kuba bowiem miał info o innej godzinie i innym miejscu konferencji prasowej niż moje uzyskane w biurze prasowym. Wyszło na moje, a właściwie na szefa biura prasowego, Carlo, który okazał się najbardziej kompetentnym w kwestii konferencji. Sama konferencja była lekko nudnawa – Kuba Przygoński po krótkim „przesłuchaniu” niemal przysypiał, Martin Prokop był bardziej zainteresowany swoim telefonem, pozostali goście też jakby znudzeni.

DSC_7455

Nic dziwnego, bo i dziennikarzy było jak na lekarstwo, niestety, więc nie miał kto zadawać ciekawych pytań. Bez zbędnych przedłużeń zawodnicy zostali uwolnieni od tego medialnego obowiązku i mogli zacząć się szykować do prologu. Arek Torski, tata Wincenta i ja również wkrótce zapakowaliśmy się do naszego „busa medialnego” i wyruszyliśmy na trasę prologu. No, nareszcie rajd się zaczyna!

 

Na trasie

Czas w końcu zacząć Italian Baja! Po deszczowej nocy i poranku pozostał ślad jedynie w postaci drobnych kałuż i ciutkę niższej temperatury, co akurat okazało się zbawiennej dla mojej udręczonej nocną grappą głowy. Mogłam więc już w pełni sił zająć się robieniem zdjęć. Do focenia (ja) i filmowania (Toras i tata Wincenta) prologu wybraliśmy dokładnie tę miejscówkę, gdzie dzień wcześniej korzystaliśmy z dobrodziejstwa chłodnej turkusowej wody. Miejscówka okazała się idealna, bo do dyspozycji mieliśmy kilka następujących po sobie przejazdów przez rzeki, a wiadomo, że nic tak atrakcyjnie nie wychodzi na zdjęciach i filmach, jak watersplashe. Te tutaj były naprawdę cudowne! Szkoda tylko, że niebo było pochmurne, bo nie dało się na zdjęciach uchwycić tego niesamowitego turkusowego koloru wody. Jak się później okazało, i tak foty wyszły fajne, tylko chyba przesadziłam z ilością 😉 Ale nie ma się co dziwić, bo już na prologu się działo. Jedna z załóg zbyt obszernie wyszła z zakrętu, czego efektem było ześlizgnięcie się do rzeki i utknięcie w niej na dobre. Naprawdę na dobre, bo ciężko było auto wyszarpać z tej matni, ale w końcu się udało i załoga dojechała szczęśliwie, choć z dużą stratą do mety prologu. Niestety, przygody też mieli nasi zawodnicy z grupy TH, na szczęście nie tak dramatyczne. Każdą z naszych załóg TH, a więc Patrycję z Bzykiem, Mariusza z Łukaszem, Wincenta z Bobikiem i Magdę z Tomkiem, widzieliśmy dojeżdżających do brzegów rzeki. Zaraz będą na watersplashach. Czekamy… Czekamy… Czekamy… No, są! Po prologu dowiedzieliśmy się, że jadąca przed nimi włoska załoga wkleiła się tak, że zablokowała trasę i chwilę zajęło wyciągnięcie jej przez organizatora i umożliwienie przejazdu naszym załogom. Nieszczęśliwej włoskiej załodze, a także wszystkim załogom jadącym za nią nadano czasy. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby te czasy nie były jednakowe i zupełnie nie odzwierciedlające tempa jazdy polskich załóg. Co więcej, załogi, które przejechały wcześniej, nie miały nadanych czasów. Oczywiście decyzja o nadaniu tych czasów była po włosku, na dodatek zupełnie nie tłumaczyła nadania akurat takiego czasu. Nic to, odrobią.

DSC_7888

Najpierw jednak pojadą polansować się do miasta. Po prologu odbywała się tam ceremonia wyboru pozycji startowych i ta faktycznie miała miejsce, ale przede wszystkim była to okazja do zaprezentowania się wszystkich załóg włoskim kibicom. No, garstce kibiców, niestety. A szkoda, bo impreza bardzo efektowna – ze sceną, telebimem, kilkoma słowami o każdej załodze. Oczywiście po włosku, ale dało się mniej więcej wydedukować, co takiego mówi konferansjer. Wyglądało na to, że przydały się moje informacje o polskich załogach, które przesłałam przed rajdem na prośbę biura prasowego. Fajnie!

DSC_7969

A teraz czas odprowadzić auta do parc ferme i zmykać do hotelu, gdzie piloci musieli opracować roadbooki na sobotę, a nasz trzyosobowy team medialny materiały z pierwszego dnia rajdu. Drugi dzień zaczęliśmy od szybkiej wizyty w miasteczku rajdowym, po czym popędziliśmy na oesy. A właściwie oes, bo był to jeden odcinek pokonywany trzykrotnie. Zaczęliśmy – a jakże – od startu do oesu ulokowanego w winnicy blisko toru Valvadrom.

DSC_7978

Stamtąd przenieśliśmy się właśnie na ów tor, gdzie skupiliśmy się na jednym zakręcie. Naszym kolejnym celem był inny zakręt – klasyczna dziewięćdziesiątka. No, może nie taka całkiem klasyczna, bo w winnicy z oszałamiającym widokiem na góry. Pejzaż po prostu nieziemski! Nieziemska była też złośliwa strzałka. Złośliwa, bo przekręciła się na wietrze, a ponieważ była z dość prześwitującego materiału, to kierowała zawodników z zupełnie odwrotną stronę niż właściwa.

DSC_8061

W oczekiwaniu na nasze załogi skupiłam się właśnie na obserwacji skutków odwrócenia się strzałki. Od razu było widać, że Włochom roadbooki są chyba obce, bo mimo tego, że logika i ślad wyraźnie kierowały w prawo, to większość z nich jechała w lewo, gdzie były taśmy i sejfciarz zdziwiony nieco kierunkiem jazdy zawodników, ale zarazem spokojnie konsumujący kanapkę. Dopiero w momencie, gdy o mało nie rozjechała go załoga Grand Vitary, która zagotowała się po ostrym hamowaniu przed taśmami, nieco się ożywił, pogadał z załogą i wreszcie zorientował się, że to złośliwa strzałka zrobiła psikusa. W międzyczasie przejechały polskie załogi – wszystkie zgodnie z roadbookiem, a nie odwróconą strzałką. Ciekawe, nie? 😉

DSC_8118

A skoro przejechały, to czas się przemieścić na kolejną miejscówkę. Tym razem wybór padł na rzekę (chyba Tagliamento), gdzie czekały nas ulubione watersplashe. Przyczailiśmy się nad jednym z przejazdów przez wodę, mając również na oku drugi, skąd nadjeżdżały załogi. Tu nam się udało dopaść czołówkę zawodników Pucharu Świata i poobserwować, w jaki sposób każdy z nich pokonuje ten przejazd i błotnisty wyjazd.

DSC_8213

Gdzieś w połowie stawki przeniosłam się nad drugi, a właściwie pierwszy przejazd przez wodę, gdzie działy się jeszcze ciekawsze rzeczy, bo auta efektownie wskakiwały do rzeczki i jeszcze bardziej efektownie wyskakiwały z niej na brzeg.

DSC_8709

Kolejnych efektownych ujęć postanowiliśmy poszukać na hopie w winnicy Rauscedo, która jest jednym z najbardziej kultowych miejsc na trasie Italian Baja. Tu nawet organizator wyznaczył strefę kibica, w której nie zabrakło również punktu gastronomicznego. Ten zdawał się bardziej oblężony niż sama hopa, ale widocznie lokalni kibice wolą takie atrakcje…

DSC_8919

Natomiast dla nas nie był to koniec atrakcji, choć miał to być już ostatni punkt naszej wycieczki po oeaach. W drodze powrotnej bowiem dowiedzieliśmy się, że na trasie problemy mieli Magda Zając i Tomek Mroczek, pojechaliśmy więc we wskazane miejsce, aby zobaczyć, czy możemy w czymś pomóc. Okazało się, że ich Dacia okulała na jedno koło, które zabrał jej jakiś wredny kamień. Potowarzyszyliśmy chwilę zasmuconej załodze, spróbowaliśmy nagrać wywiad z owym wrednym kamieniem, ale odmówił odpowiedzi na pytania, i pojechaliśmy na bazę. Końcówka dnia identyczna, jak w piątek – parc ferme, hotel, przygotowanie do kolejnego, niestety już ostatniego dnia rajdu. Ten ostatni dzień rozpoczęliśmy wizytą w kolejnej winnicy (tym razem sąsiadującej z polem kukurydzy, dla urozmaicenia), znów na dziewięćdziesiątkowym zakręcie. Muszę się przyznać, że tu wykazałam się wyjątkową głupotą, na szczęście przebłysk zdrowego rozsądku uratował mi życie. Otóż ustawiłam się na górce przy wyjściu z zakrętu, licząc na ujęcia z sypiącymi się spod kół kamyczkami. Nooo, ujęcia na pewno by były fajne, ale mogłabym stracić głowę – dosłownie! Dotarliśmy tu w krótkiej przerwie przed załogami TH i ta przerwa była dla mnie zbawienna, bo zdążyłam przemyśleć swoją miejscówkę. A co, jeśli jakiś większy kamień poleci w moją stronę? Obawiałam się stłuczenia obiektywu. Przy przejeździe pierwszego zawodnika, którym był Mariusz Wiatr, spod kół auta poleciał całkiem spory kamień – idealnie w miejsce, gdzie chwilę wcześniej znajdowała się moja głowa! Ufff! Obawa o obiektyw uratowała mi łeb! Na własnym przykładzie mogę więc przestrzec przed wybieraniem sobie takich miejsc na foty. Następne miejsca wybierałam już z dużo większą rozwagą.

DSC_8977

Tych kolejnych miejsc szukaliśmy na torze Valvadrom. Łatwo się po nim przemieszczać, więc można było zawodników uchwycić w różnych jego punktach. Po sfilmowaniu i sfotografowaniu naszych załóg w dwóch takich punktach (prosta wśród zieleni i kolejny dziewięć dziesiątkowy zakręt, gdzie zawodnicy ładnie chodzili bokami), postanowiliśmy się rozdzielić – Arek Torski i Wojtek Wicentowicz pojechali dalej za Daciami, ja zostałam na torze w oczekiwaniu na czołówkę Pucharu Świata. Miałam o tyle fajną miejscówkę, że widziałam każdego zawodnika w dwóch punktach – na ostrym zakręcie, gdzie efektownie sypali kamyczkami, oraz na prostej w korycie rzeki, gdzie fajnie było widać prędkość.

DSC_9136

Wracający ze swoich miejscówek Toras i tata Wincenta zgarnęli mnie z toru i już razem pojechaliśmy na ostatni nasz punkt widokowy. Tutaj w menu mieliśmy las, a w nim zakręt z kałużami, więc była szansa na ostatnie ujęcia z wodą.

DSC_9759

Stamtąd popędziliśmy do miasteczka rajdowego, gdzie odbywała się ceremonia mety. A tam piękna rampa, telebim i wreszcie trochę większa liczba kibiców, a nawet media. I pięknie było, biało-czerwono, i Mazurek Dąbrowskiego był, z wyjątkowo w tych okolicznościach wybrzmiewającym fragmentem „z ziemi włoskiej do Polski”… Z tej ziemi włoskiej do Polski pojechał cały worek pucharów – dla Kuby Przygońskiego za zwycięstwo w rajdzie i w grupie T1, dla Tomka Pieca i Michała Marczewskiego za zwycięstwo w grupie T2, a także dla polskiego podium w grupie TH w CEZ: Mariusza Wiatra i Łukasza Łaskawca za 1 miejsce, dla Krzyśka Wicentowicza i Bartka Boby za 2 miejsce oraz dla Patrycji Brochockiej i Grześka Komara za 3 miejsce.

DSC_9810

No cudnie! Szkoda, że już trzeba wracać… Szybkie pożegnanie i w drogę. Misja: Włochy wykonana.

 

AM

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s